rageman.pl
Film

Blue Jasmine

rok: 2013

reżyseria: Woody Allen

 

Ciut zaległa recenzja, ale film jest jak najbardziej wciąż do uchwycenia w kinach, więc nie traci ona nic na aktualności. Inna sprawa, czy jest o czym się rozwodzić.

Z Allenem jest taka specyficzna sprawa, że niemal każdy jego film z dwóch ostatnich dekad jest ogłaszany „wielkim powrotem do formy”, a że facet kręci jeden film rocznie, to można łatwo zauważyć, że zaliczył on więcej triumfalnych comebacków niż wszystkie dinozaury rocka razem wzięte. O dziwo pewien wyjątek stanowi „Zakochani W Rzymie”, która zebrała średnio pozytywne recenzje. A tymczasem tamten film to była lekka, bo przesiąknięta romantyczną nutką, komedyjka z odrobinę inteligentniejszym humorem, a przede wszystkim – nie zgłaszająca pretensji do bycia czymś więcej. Zupełnie inaczej niż „Blue Jasmine”, która uchodzi za kolejny film z cyklu poważniejszych filmów Allena. I oczywiście znów krytycy pieją z zachwytu, znów mowa o ponownych narodzinach itp itd. Być może dostrzegli w nim więcej, niż ja byłem w stanie ujrzeć. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jesteśmy tu jednak świadkami kolejnego ataku plagi pt. „poważniejsze = lepsze”. Najlepiej byłoby w ogóle nie porównywać tych dzieł, wymigując się brakiem uniwersalnych kryteriów. Ale nie przesadzajmy – nie porównujemy „American Pie” do „Pancernika Potiomkina”, tylko dwa filmy tego samego reżysera o charakterystycznym stylu, tyle że różniących się nastrojem, rozłożeniem akcentów pomiędzy głównymi osobami dramatu oraz konstrukcji fabuły.

Właśnie, fabuła. Na papierze wygląda to przyzwoicie – tytułowa bohaterka rozpoczyna nowe, znacznie skromniejsze życie po zakończeniu w tragicznych okolicznościach relacji z milionerem Halem (Alec Baldwin przeżywający swe najlepsze aktorskie lata). Nie jest to jednak łatwe dla kogoś, kto przez lata kąpał się w szampanie, a po bułki w sklepie latał prywatnym samolotem. I ta nieporadność mogłaby być przyczynkiem do całej masy komediowych sytuacji, gdyby nie to, że Allen czyni z niej antybohatera filmu, totalnie antypatyczną i w mało przyjemny sposób szajbniętą postać. O, coś takiego zagrać to już sztuka. Podjęła się tego Cate Blanchett i sytuację totalnie wygrała. Dawno żadna kreacja aktorska nie wryła mi się tak w pamięć, co nie jest tylko zasługą scenariusza. Cate totalnie zmiotła wszystko na swej drodze – pozostałe role (nie aby złe, ale…), ale też i fabułę, która w pewnym momencie staję się pretekstowa. Znamienne, że postać Jasmine praktycznie ani razu nie znika z ekranu (siostra Jasmine, Ginger, wydaje się istotna, ale nie aż tak by zagrozić Głównej Roli) – ona wyłącznie trzyma ten film w ryzach iz z tego względu polecam jego obejrzenie. Oscar? Być może.  Pozostałe nagrody Akademii?  Nie tym razem jednak. Ale spokojnie, nowy projekt w przyszłym roku. Nie teraz, to następnym razem.

 

najlepszy moment: CATE BLANCHETT

ocena: 7,5/10