Charles Manson – One Mind
rok wydania: 2005
wydawca: DIY
musze przyznac, ze bedzie to najbardziej problematyczna moralnie recenzja w dziejach mego blogowania. na dodatek sam recenzowany material tez nie ulatwia sprawy.
czy nalezy oddzielac Artyste od jego „czlowieczej” postaci, jego tworczosc od zycia osobistego, przekazu tworczosci od prywatnych pogladow? mysle ze spokojnie mozna uznac, ze rozklad zwolennikow i przeciwnikow takieog podejscia dzieli sie na 50/50, choc pewnie istnieje i „trzecia polowa”, ktora nigdy nie bedzie w stanie opowiedziec sie za ktoras ze stron. sam zaliczylbym sie do tej ostatniej zbiorowosci.
bo z jednej strony postawilem sam sobie sprawe jasno – nigdy faszystowskie badz rasistowskie klimaty w muzyce nie zagoszcza w moim domu. oczywiscie przy takim podejsciu, rowniez tych nie dotyczacych tego typu pogladow, mozna popasc w obled: o wiekszosci muzykow malo co wiemy jesli chodzi o zycie prywatne, wiec tym bardziej o tym, co siedzi im w glowach, a chyba tez szkoda zycia na wieksze sledztwa w tym zakresie. jesli jednak informacje na temat krzywych pogladow artysty sa powszechnie znane, ba – on sam takie deklaracje sklada w swych lirykach, wtedy sprawa sie prosta. problem stal mi sie szczegolnie bliski w czasie, kiedy organizowalem koncerty. tu tez podejscie do bialosznurowkowych wykonawcow bylo jasne – nie udostepniamy sceny i tyle. problem sie pojawial wtedy, kiedy interesujace w tym kontekscie informacje byly niepotwierdzone, czyli innymi slowami – zespol „slizgal” sie po krzywej tematyce. pare decyzji bylo trudno podjac… za sprawa organizacji koncertow (choc nie tylko) mialem okazje poznac troche muzykow, oczywiscie glownie z polskiej sceny. i choc tutaj nie bylo mowy o -izmach, to takie spotkania tez wplywaly na przyszly odbior muzyki tych wykonawcow. czesto na lepsze, ale bywalo niestety i zgola odwrotnie.
problem nasilil sie znow dosc niedawno, przy okazji aresztowania znanego polsko-francuskiego rezysera. watpliwosci sie pojawily, ale tylko jesli chodzi o uzycie slowa „pedofil”. bo przeciez fakty sa niezaprzeczalne, zreszta sam winowajca przyznaje sie do winy. no tak, ale co to oznacza w praktyce, zwlaszcza jesli chodzi o dzialalnosc artystyczna tego pana? mamy ceremonialnie wyrzucic dvd „Dziecka Rosemary”, isc do kin prosic o zwrot pieniedzy za „Pianiste”? wyrzucic z glowy wszelkie wspomnienia, a z serc wszelkie emocje zwiazane z „Nozem w wodzie”, „Wstretem” czy „Chinatown”, lub co gorsza – zakwestionowac ich wartosc? pomijam juz nawet aspekt spoznienia sie z tymi dyskusjami o jakies 30 lat…
na swoj sposob niesamowity zbieg okolicznosci, ze osoba Polanskiego w takim kontekscie pojawia sie przy okazji dzisiejszej notki. tlumaczyc chyba nie musze czemu. ale na swoj chory sposob Polanski i Manson w poruszonej dyskusji prawdopodobnie zajmuja ta sama strone barykady.
bo z tym Charlesem Mansonem to tez prosta sprawa nie jest. bo mowimy o sluchaniu muzyki jednego z najwiekszych psycholi naszych czasow, a tu juz moze byc rzut beretem do zachwytu nad zdolnosciami taktycznymi Hitlera, moze nawet szacunku dla jego wiernosci swym ideom. tyle ze Manson, chocby na opublikowanym za darmo w internecie (Manson przylacza sie do muzycznej rewolucji zza wieziennych krat, heh) „One Mind” (choc sciemniac nie bede, ze znam liczna dskografie mordercy Sharon Tate) nie nawoluje do walki z czarna rasa i mordowania „swin”. no, przynajmniej nie wprost. ale ktos znajacy angielski „po lebkach” zupelnie nie wyczai ukrytego przekazu. jesli takowy istnieje. oczywiscie wszystko sie rozbija o gust, ale skoro troche tych utworow Mansona weszlo na dluzej do popkulturowego obiegu, to moze cos jest na rzeczy?
na szczescie sam „One Mind” nie przysparza takiego problemu, jak sam jego autor. a to z prostego powodu – to sredniacki album.
pomijam sam fakt, ze czystej przyjemnosci odsluchu w tym zero. co nie dziwi – nawet tak slynne wiezienie jak San Quentin nie dysponuje studiem nagraniowym i dysponowac (chyba?) juz nigdy nie bedzie. i slusznie. sluchamy wiec rejestracji z podlego kaseciaka, co bolesnie slychac. przede wszystkim jednak problem z tym albumem jest taki, ze zdecydowana wiekszosc tego blisko 80minutowego materialu to pogadanki Mansona. a te, przykro mi bardzo Obroncy Obiektywizmu, obchodza mnie tyle co przyslowiowy zeszloroczny snieg. nie mowiac juz o tym, ze Manson sprzedaje je w tak belkotliwy sposob (przeplatajac je dodatkowo sikaniem i bluzganiem na tych, ktorzy mu przerywaja „wystep”), ze trzeba niezlego samozaparcia by sluchac tego z atencja.
jesliby jednak skrocic calosc do tych fragmentow, kiedy Manson chwyta za gitare… coz, wtedy moznaby mowic o czyms na ksztalt prawdziwie freakowego folk albumu. slabego, ale nie tragicznego, a momentami („Your Magic Motion”) instrygujacego. a nade wszystko, pomimo calej tej slabosci, kuszacej do kolejnych odsluchow. choc akurat to moze byc moja zajawka Zlem. roooooarghhhhh, hehe.
… niemniej, niech plusy nie przyslaniaja nam minusow. to na pewno ciekawe wydawnictwo z socjologicznego punktu widzenia. ale z muzycznego to jedna z najgorszych rzeczy jakie ostatnimi czasy slyszalem. a pare lepszych fragmentow tylko pozwala na to, by Mansona w ogole rozpatrywac w kategoriach Sztuki.
najlepszy moment: YOUR MAGIC MOTION
ocena: 3,5/10