rageman.pl
Muzyka

By Million Wires – Letters To The Absent

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Rozwijamy poruszony wczoraj wątek zespołu By Million Wires. Dziś o ich debiutanckim (o ile mój research był wystarczając) albumie.

Hmmm, mam z tym wydawnictwem jednak problem. Mógłbym spróbować go jakoś sprytnie ominąć i rozłożyć muzykę na nim zawartą na czynniki pierwsze. Tu wspomnieć o kozackim unisono, tak spropsować sprytną zagrywkę gitary. Ale to nie Jedyny Magazyn Rockowy w Polsce, tylko zwykły blog pasjonaty. Porozmawiajmy zatem o emocjach wywoływanych przez „Letters”.

Jakie to emocje? Cóż, ambiwalentne. Bo tak – z jednej strony słychać, że zespół wie doskonale co chce grać i na jakich terytoriach budować swój muzyczny domek. Można nawet rzec, że już na tym albumie udało się im zakończyć budowę – tu nie ma ani jednego przypadkowego, kłócącego się z resztą dźwięku. Ale jednocześnie jest to tak ciasna zabudowa, że brak tu nie tylko miejsca na eksperyment, ale nawet i na zwyczajną różnorodność. Radiohead to chwalebna inspiracja, ale ani nie przekłada się ona bezpośrednio na dźwięki (w sumie może i dobrze), ale też chyba jednak na myślenie o muzyce (gorzej). Byśmy się źle nie zrozumieli – nie twierdzę, że członkowie (i członkinia) BMW to betony, dla których muzyka skończyła się w ’80 roku. Ale Radiohead to zbyt odważny jednak namechecking, by przeszedł płazem, sori boys and girls. Tym bardziej, że jest to też modna nazwa – a na pewno modniejsza niż np Tool. A słuchając bassu w takim „Soon” nie chce mi się wierzyć, że panowie instrumentaliści z BMW nigdy się z tą nazwą nie zetknęli.

Idąc dalej tropem wspomnianych ambiwalencji: zespół wie, jak stworzyć tzw. klimat. Temu jesiennemu, melancholijnemu klimatowi podporządkowali cały album. Good. Czy jednak budowanie klimatu musi stać w opozycji z chwytliwością? Bzdurą byłoby oczywiście nastawiać się na przeboje. Okazuje się jednak, że wspomniany wczoraj „Red”, który też jakoś wybitnie porywającym kawałkiem nie jest, i tak wygrywa z resztą repertuaru pod względem zapamiętywalności. A już początek albumu (choć „Soon” ma naprawdę śliczny refren) wypada dość zamulasto i przy pierwszym odsłuchu myślałem że będę musiał użyć w kontekście płyty słowa „rozczarowanie”. Na szczęście w odsiecz przyszedł znacznie bardziej żwawy „Hurl”, a przede wszystkim „Filiżanki” i „Nic”. I wtem nastała jasność. I wtem okazało się, że wystarczy użyć języka polskiego, by cały ten kolaż dźwięków – powiedzmy sobie szczerze, raczej średnio odkrywczych – nabrał zupełnie nowej jakości. Nie jestem fanatykiem śpiewania po polsku, ale w tym wypadku uważam, że byłby to najlepszy kierunek.

Coś dużo tych zastrzeżeń. A przecież mówimy o jednym z bardziej stylowych albumów, jakie słyszałem od dawien dawna, wprost idealnie komponującym się z widokiem zza okna. Zatem wliczmy w końcową ocenę kredyt zaufania, wierząc w to, że doczekamy się już za jakiś czas ichniejszego „Kid A”.

 

najlepszy moment: RED

ocena: 7,5/10

Leave a Reply