rageman.pl
Muzyka

Twilite – Remixed

rok wydania: 2012

wydawca: Ampersand

pobierz album

 

Dobre po polskie! Czyli obracamy się dalej w kręgach polskich młodych wilków indie.

No, Twilite to akurat w bardziej świadomych muzycznie kręgach już konkretna marka. Dwa lata po omawianej na tym blogu EPce „Else” i rok po dużym albumie „Quiet Giant” panowie wracają z kolejną kolekcją utworów, wyrabiając tym samym normę w postaci jednego wydawnictwa rocznie. Choć tym razem poszli na łatwiznę – „Remixed” to zestaw remixów i coverów. Ale znów jest czego słuchać…

Profesjonalizm recenzencki nakazuje przy ocenie tego typu nagrań odnieść się do oryginałów. Taaak… rzecz w tym, że naobiecywałem, napaliłem się, a w końcu „Quiet Giant” zupełnie, co tu dużo mówić, olałem. A zebrane na „Remixed” utwory to wariacje na temat piosenek pochodzących wyłącznie z owego albumu. I co ja mam biedny teraz począć? Cóż, najwyżej nikt nie potraktuje tej notki poważnie.

Mam nadzieję, że do samego wydawnictwa duetu podejdziecie poważnie. Bo tu dzieją się śliczne rzeczy. Szczególnie kawał dobrej roboty odwalili panowie remixerzy. Jeśli miarą dobrego remixu jest to, w jakim stopniu zbliżony jest on do własnej, uprawianej na co dzień twórczości, to wszyscy tutaj dostają po piąteczce i nie ma dyskusji. „I Am The Sun” w interpretacji Kamp! to kolejny ich drink-z-parasolką’owy hit (może nie tak przebojowy jak „Cairo” chociażby, ale w tym przypadku to naprawdę nie ma znaczenia), nawet jeśli już pod ostatnie podrygi na parkiecie. „Perfect Ending” (Drivealone remix), z tym swoim rozpasaniem aranżacyjnym (prawie zostałem fanboy’em autotune’a) spokojnie mógłby się znaleźć na którymś z solowych wydawnictw Piotra Maciejewskiego. Nie wiem, jak „One Quiet Moment” odnosi się do stylistyki uprawianej przez Lieke, gdyż dotychczas była mi to obca nazwa. Wiem zaś, że jest to absolutnie najcudniejsza rzecz spośród tych 20 minut. Melancholia i rozmarzenie w aranżacycjnych ramach trącących ejtisami – to zawsze na mnie działa. M83? PFFFFFFFF.

No i jeszcze „Too Late” w interpretacjach SWNY i Kari Amiran, czyli na ile różnych sposobów można potraktować jedną zwiewną melodię. Można zrobić z tego postrockowy odlot (szkoda że tak krótki, przez co nabiera wymiaru zaledwie przebieżki), a można i niepokojący kolaż dźwięków, w którym jedynym pewnym, bezpiecznym (?) punktem zaczepienia jest niesamowita charyzma wokalistki.

Teraz strach podejść do tego „Quiet Giant’a”. A jeśli oryginały nie są tak cudne jak przeróbki z „Remixed”?

 

najlepszy moment: ONE QUIET MOMENT (LIEKE REMIX)

ocena: 7,5/10

Leave a Reply