Branford Marsalis – Romances For Saxophone
wydawca: CBS
skoro padlo wczoraj nazwisko Marsalisa… let there be jazz again! po rowno rocznej przerwie.
kapitalna rodzina ci Marsalisowie. co jeden to genialniejsza postac w swiecie jazzu. oczywiscie chyba najwiekszy z nich jest omawiany tu juz swego czasu gesto Wynton, ale i jego brat Branford nie ulomek. czy nie wystarczy jednak jeden Marsalis w tym gatunku? bynajmniej! przede wszystkim dlatego, ze Branford nad trabke wybral saxofon (a wlasciwie saxofony). dwa, ze jednak to zupelnie inne osobowosci. Wynton to jazzowy purysta, ktory srednio chetnie kolaboruje z innymi artystami w jazzie, a co dopiero w innych gatunkach. a Branford prosze – od Stinga, przed Kidjo, na Public Enemy i swietej pamieci Guru konczac.
a jednak cos tych braci laczy. mianowicie zamilowanie do muzyki klasycznej. i juz na jednej ze swych pierwszych solowych plyt Branford postanowil zmierzyc sie z tematem. Debussy, Stravinsky, Ravel i inni najwieksi w opracowaniu na dzwieki generowane przez Marsalisa oraz orkiestre. gdzieniegdzie chory. cudownie chillujaca, a jednoczesnie wymagajaca maxymalnego skupienia, jesli chcemy choc w czesci ogarnac piekno tych 53 minut.
mam nadzieje, ze wybaczycie minimalizm tej recenzji. jestem w stanie rozlozyc tworczosc rockowa, rapowa czy popowa na czesci pierwsze, bo mam to w genotypie juz niemalze, mam skale porownawcza. jazz to wciaz odkrywany lad i prawdopodobnie juz nie dozyje momentu, kiedy bede mogl powiedziec „tak, kumam jazz”. na razie jednak powiem „tak, kocham sluchac tej muzyki”. a puenta jest taka, ze jesli ja, prosty chlopak z Gdanska Wrzeszcza, pobierajacy edukacje muzyczna od dr’a Albana, potrafilem odnalezc w tej muzyce cos dla siebie, to i Wy tez mozecie! sprobojcie!
najlepszy moment: COLUMBIER: EMMANUEL
ocena: 8/10
