Bob Dylan – Planet Waves
rok wydania: 1974 (reedycja: 2003)
wydawca: Columbia
Porzucamy wstrętne country, znów jesteśmy na właściwych torach.
A nawet więcej. Bo oto po blisko 8 latach przypomniał sobie o świetnych muzykach towarzyszących, którzy towarzyszyli mu na koncertach w ’66 roku. Panowie Robertson i spółka podchodzili do tej ponownej współpracy już nie jako ambitni muzycy na dorobku, a jako uznany band. THE Band. Zresztą, tu i ówdzie omawiany dziś album jest podpisywany jako Bob Dylan & The Band. I choć już pod względem jakościowym nie jest to aż tak wyjątkowa pozycja w dyskografii Dylana, to zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę.
Przede wszystkim choćby dlatego, że mało która produkcja z tego wcześniejszego etapu kariery brzmi tak profesjonalnie, tak soczyście. Geniusz instrumentalistów to jedno, ale także sam Dylan stanął na wysokości zadania, dodatkowo pozwalając sobie po raz pierwszy na dokonanie wokalnych poprawek w studiu. Dzięki temu znalazło się tu kilka z jego najlepszych wokalnych wykonań, jak choćby mój ulubiony „Dirge” – ile żaru jest w tej, bądź co bądź mocno ascetycznej instrumentalnie balladzie. Balladami, czy też spokojnymi utworami zresztą ta płyta stoi – wystarczy wymienić jeszcze „Wedding Song” czy najpopularniejszy z tego zestawu, przejmująca oda ojca do syna w postaci „Forever Young”. Legendarna jest także sama historia rejestracji tego kawałka: po pierdyliardzie podejść, kiedy już wreszcie uchwycili TO właściwe, Dylan postanowił je skasować tylko dlatego, że… dziewczyna jego kumpla (którzy byli obecni w studiu podczas nagrywania kompozycji) rzuciła mu kąśliwą uwagą po zakończeniu wykonu, że facet dziadzieje na stare lata. Tylko dzięki przytomnej postawie producenta, który postanowił bronić taśmy własną piersią, zawdzięczamy taki a nie inny kształt efektu finalnego. Swoją drogą dość dobrze ta historia obrazuje problem, jaki mają z Dylanem jego wyznawcy – pomimo geniuszu jako twórcy nie zawsze podejmował najlepsze decyzje artystyczne, zwłaszcza te dotyczące selekcji kawałków na albumy. Stąd też nadzwyczajna popularność wszelkich jego kompilacji z b-side’ami i tym podobnymi.
Zresztą Dylan po części postawił niejako na swoim, umieszczając tu „Forever Young (Continued)” – diametralnie inne podejście do kompozycji, z wywróconą do góry nogami melodią. Oczywiście jest to dużo słabsze wykonanie. Na szczęście pozostałe piosenki z żywszym akompaniamentem prezentują się lepiej. Inna sprawa, że kawałki takie jak „On A Night Like This” są tyleż sympatyczne, co trochę bez historii, w najlepszym przypadku stanowiące dobry punkt wyjścia pod improwizacje koncertowe. A potrafili chłopaki pociągnąć temat w wersji live, oj potrafili.
Mega fajna płyta, a że dość niedoceniona – na zachętę taka a nie inna ocena.
najlepszy moment: DIRGE
ocena: 8/10