Bob Dylan – Nashville Skyline
rok wydania: 1969 (reedycja: 2003)
wydawca: Columbia
Wielokrotnie wspominałem o fenomenie, jakim jest postępująca dewaluacja czasu w świecie muzyki. Przesadą byłoby uznać wydany po 20 latach nowy album My Bloody Valentine, brzmiący jak „Loveless 2”, za koniec skali, ale faktem jest, że dziś chyba już nikogo nie dziwią 5-letnie przerwy wydawnicze pomiędzy kolejnymi albumami artystów. Coś, co kilka dekad temu byłoby nie do pomyślenia. Jasne, w latach 60-tych nie jeździło się na kilkuletnie światowe trasy koncertowe, ale przecież wspomniane zjawisko nie dotyczy tylko komercyjnych gigantów pokroju U2. Za skrajny jego przykład chyba wszyscy muzykolodzy zgodnie uznają przebieg kariery Boba Dylana. Pięć lat od „The Times They Are a-Channgin'” wystarczyło, by a) zyskać miano międzynarodowej gwiazdy, Ikony i Głosu Pokolenia oraz znudzić się wszystkimi tymi tytułami b) zaliczyć prawie śmiertelny wypadek, mający kluczowy wpływ na jego życie prywatne, ale też i zawodowe c) efekt poprzednich dwóch okoliczności w postaci przebranżowienia się na muzykę country.
Tytuł tego albumu to coś więcej nić podkreślenie miejsca rejestracji albumu, bo też i Nashville nie jest zwyczajnym punktem na mapie Stanów Zjednoczonych. To kolebka i mekka gatunku country, do którego do dziś jeździ każdy, kto chce skonfrontować się z estetyką kowbojskich kapeluszy i słomy w butach. Trudno aby uległ pokusie ktoś, kto postanowił chwilę wcześniej wkurwić swą folkową publikę podłączeniem instrumentów do prądu.
W powszechnej opinii dziewiąty album Dylana uznaje się za raczej udany, wręcz lokujący się niedaleko półki z klasycznymi jego pozycjami, eksperyment z sukcesem odświeżający jego wizerunek. Dyskredytować tego etapu kariery nie zamierzam – choćby dlatego, że gdyby nie on, nie otrzymalibyśmy np. „Knockin’ On Heaven’s Door”, będący jednym z najwspanialszych utworów w historii muzyki per se. Ale ja nie mogę za bardzo słuchać „Nashville Skyline”. Odrzuca mnie wesołkowatość instrumentalnego „Nashville Skyline Rag”. Męczy mnie banał „Country Pie” – i kontekst poprzednich dokonań Dylana nie ma tu absolutnie nic do rzeczy. Nie jestem w stanie pozbyć się wrażenia, że otwierająca całość nowa wersja „Girl From The North Country” (z „Freewheelin’ Bob Dylan”) z udziałem samego Johnny’ego Casha umieszczona tutaj została tylko dlatego, by wielogodzinne wspólne sesje obu muzyków nie poszły na marne (w ich trakcie zarejestrowano o wiele więcej materiału, ale całość poszła do kosza jako zbyt słaba), no i aby podkreślić przyjaźń między panami. No i co najważniejsze, nie do przejścia jest dla mnie „nowy”, croonerowy wokal Dylana. W przypadku naprawdę dobrych numerów jak „Lay Lady Lay” można go jeszcze jakoś przeboleć, ale całościowo brzmi to odpychająco. Milion razy bardziej wolę nawet to jego kozobeczenie z lat ostatnich. A o tym, że obrany kierunek country wcale nie musi się kłócić z „normalnym” wokalem Dylana świadczy choćby soundtrack do „Pat Garrett & Billy The Kid”.
To nie tak, że skreślam ten album z założenia – taki Johnny Cash tworzył także jak na mój gust rzeczy wybitne, a mówimy tu o ikonie gatunku country. Przypuszczam zresztą, że przykładów naprawdę wartościowych reprezentantów tego nurtu można by jeszcze wymienić sporo. Jestem też zdania, że o artystycznych inspiracjach twórcy w każdej dziedzinie – także muzyki – świadczy naturalna (czyli niewymuszona przez np. wytwórnię czy presję publiki) chęć poszukiwania, eksperymentowania. Gdyby jednak Dylan zadomowiłby się na dobre w Nashville to moglibyśmy mówić o jednym z większych dramatów w historii muzyki. Tak kosmicznym zaburzeniu w jej konstrukcjach, że „Modern Talking” Chylińskiej to przy tym mały pikuś.
najlepszy moment: LAY LADY LAY
ocena: 7/10