Blur – Think Tank
rok wydania: 2003
wydawca: Parlophone
jedyny, malutenki i maxymalnie naciagany pozytyw smierci Paula Gray’a jest taki, ze pogodzilem sie znow z Gitarami. przynajmniej na chwile. dlatego zapraszam z powrotem wszystkich wielbicieli Popkultury (plus ich Mamy, Wszystkiego Najlepszego!). dzis lekcja pogladowa na temat „Jak nagrac (chyba) najlepsza plyte w karierze bez (chyba) najwazniejszego muzyka zespolu”.
mialo byc odwazna, dobitna opinia ale jednak musialem sie pohamowac. bo po pierwsze – Blur to tak naprawde dwie wybitne osobowosci (choc przeciez pozostala dwojka – mam tu na mysli Jamesa i Rowntreee’go – to nie sa zadni statysci przeciez). po drugie – w przypadku tak zajebistej kapeli jak Blur trudno wskazac zdecydowanie najlepsza plyte. niemniej jednak jest to plyta Wielka. jak zreszta wiekszosc dziel powstanych w tzw trudnych chwilach.
historia zreszta to doskonale znana zarowno fanom Muzyki, jak i czytelnikom brytyjskiej bulwarowki. w 2002 czworka panow z Blur jedzie do Maroka rejestrowac piosenki. malo typowy ruch jak na zespol (heh) Rockowy. jakby tego bylo malo, zadowoleni ze wspolpracy z Williamem Orbitem przy „13” uznaja, ze obsadzenie stanowiska producenta plyty kims spoza gitarowej bajki w ich przypadku sie sprawdza. po rozwazeniu wielu opcji (np The Neptunes!) wybor pada na Normana Cooka, znanego powszechnie jako Fatboy Slim. tu veto zglasza Graham Coxon. dodac do tego problemu z alkoholem i efekt moze byc tlyko jeden – gitarzysta opuszcza zespol, co jednoczesnie stanowi pierwsza roszade personalna w historii Blur. pozostala trojka bierze sie w garsc i w maju 2003 wypuszcza „Think Tanka”. wciaz ostatnia plyte w historii tej jednej z najwazniejszych kapel lat 90tych.
w sumie na smutna ironie zakrawa fakt, ze ostatecznie udzial Fatboy’a jako producenta ograniczyl sie do dwoch piosenek. w ktorych, na dodatek, srednio da sie poznac, ze za ich brzmienie odpowiada legenda big beatu. dlatego ten jego udzial stanowi bardziej ciekawostke anizeli cos naprawde wplywajacego na obraz „TT” jako calosci. symbolicznie zreszta mozna potraktowac ponowne zaproszenie Williama Orbita – tu jako producenta „Sweet Song”. za cala reszte odpowiada takze nowy w obozie Blur Ben Hiller (producent m.in Depeche Mode i Elbow, a takze… solowego Coxona).
fakt, jest to album przesiakniety elektronika. wynika to jednak bardziej z wizji artystycznej samych muzykow niz producentow. mozna spokojnie stwierdzic, ze przede wszystkim z wizji Albarna. chlopaka nigdy nie dalo sie uznac za szara myszke, ale na wysokosci „TT” rozhulal sie juz wyjatkowo. nakrecony chyba glownie niedanwym sukcesem drugiego projektu, Gorillaz, ktory wreszcie przyniosl mu sukces takze w USA. o tym, ze chlopak kipi od pomyslow pokazaly przede wszystkim pozniejsze lata i pierdyliardy roznych projektow. brytyjski Mike Patton, heh. i nawet jesli piosenki sa podpisane zespolowo, to nie ma watpliwosci, kto jest tu panem i wladca.
jedno jest w kazdym badz razie pewne na 10000 procent – na „Think Tank” britpopu nie ma, cokolwiek bysmy przez to pojecie rozumieli. co jest w zamian? najkrocej ujmujac – Kosmos jest. przebogactwo dzwiekow, multum inspiracji, 13 (a nawet 14, jesli liczyc sprytnie schowany na CDku „Me, White Noise”) kawalkow z wlasna historia. z trzema mianownikami rzucajacymi sie w uchu. pierwszy to wspomniana elektronika. zwiazany po czesci z nia drugi mianownik – zminimalizowanie roli gitary. wprawdzie pozostale chlopaki potrafia korzystac z tego instrumentu i gdzieniegdzie to potwierdzaja, tak uznali (z bardzo udanym rezultatem koncowym), ze potrafia napisac piosenki tej gitary nie potrzebujacych.
no i trzeci mianownik to taki, iz… nie jest to przebojowy material. powiedzialbym nawet wiecej – sa to utwory melodyjnie wrecz ulomne. zwlaszcza w kontekscie tego co pisalem w ramach Blurowego „Best Ofu”, ze mieli oni wyjatkowa reke do numerow singlowych. nawet bardziej niz ich pseudokonkurenci z Oasis, mielacych caly czas ten sam cover The Beatles. a jednak „Think Tank” to chyba najlepszy dowod na to, ze w Muzyce 2 plus 2 nie zawsze rowna sie 4. wartosc „Think Tank” jest wrecz kilkunastokrotnie wieksza niz suma wartosci konkretnych utworow.
i w sumie nawet nie potrafie wytlumaczyc co mnie tak w tej plycie zachwyca. Klimat? banal, ale chyba rzeczywiscie to jest wlasne TO. zachwyca mnie konstrukcja tego albumu. jesli juz rozbijac te 50 minut na czesci, to bynajmniej nie na piosenki. bo te, jak juz napisalem, maja rozny poziom, czasem nawet dosyc slaby. ale wezmy pod lupe jakikolwiek parusekundowy odcinek, wyodrebnijmy jakas linie instrumentalna – toz jest cudownie! i mowie to ja, chlopak w gruncie rzeczy przebojowy. przebojowy w tym oczywiscie sensie, ze uwielbiam hiciory momentalnie wpadajace w ucho, nawet jesli czynia to w dosc niewybredny sposob. tu mamy taki deficyt przebojow, ze w kontekscie dyskografii Blur moznaby ten album uznac za porazke (zreszta pare osob tak poczynilo). ale mamy za to Muzyke. mamy album, ktorego konsumpcja przypomina troche hmmm skubanie slonecznika. teoretycznie zupelnie nie widac, czym moznaby sie tu najesc. i rzeczywiscie, nawet jak zjesc cala garsc ziaren to trudno mowic o byciu ukontentowanym. ale cos jednak ciagnie, by skubac ten slonecznik na okraglo.
i tak tez jest z „Think Tankiem”. skubac go mozna na okraglo, latami. moznaby dalej pociagnac porownanie – podobnie jak w przypadku slonecznika, tak i w smaku „TT” nie ma nic zaskakujacego. bo przeciez o tym, ze chlopaki maja wizjonerstwo i innowacyjnosc wpisane w genotyp wiadomo w koncu gdzies od s/t. a jednak z drugiej strony trudno powiedziec, ze kolejne degustacje „TT” nie przynosza nowych wrazen. najlepszy przyklad – moje relacje z singlowym „Crazy Beat” (jeden z tych dwoch trackow produkcji Fatboy’a). kiedy pierwszy raz go uslyszalem bylem zalamany, ze zespol na takim poziomie zajebistosci nagral cos tak durnego, wrecz kiczowatego. a jednak dzis uznaje, ze w tym kiczu tkwi sila. rowniez w tym dzwieku a’la Crazy Frog (zbieznosc nazw nieprzypadkowa?). i dzis dla mnie to jest jeden z czolowych utworow na „Think Tank”. no ale zeby nie miec beefu z heretyckimi fanami Blur wskazmy lepiej inne genialne momenty plyty. jak singlowy „Good Song”, ktory moglby napisac Coldplay, gdyby byli dobrym zespolem. jak rozmiekczajacy mnie totalnie „Caravan”, majacy cos w warstwie instrumentalnej cos z „Vespertine”. jak „Jets”, pod wzgledem instrumentalnym chyba o nawiekszej wartosci odzywczej (ta solowka na saxie, dziiiiizys). albo piekny „Battery In Your Leg”, jedyny powstaly z udzialem Coxona (co slychac). czy, z przeciwleglego bieguna, „We’ve got a file on you”, kolejny dowod na to, ze Blur potrafi zagrac (i nagrac) wszystko. rowniez minutowa petarde w duchu Atari Teenage Riot, wzbogacona o dzwieki Bliskiego Wschodu.
a wymieniac moznaby dalej… wybitna plyta i tyle. dla niektorych kolejna wybitna, dla mnie w najwiekszym stopniu wybitna. chce sie wierzyc, ze mogloby byc jeszcze lepiej gdyby Coxon wciaz byl na pokladzie („Battery” zreszta silnie to sugeruje). co dobrze wrozy na przyszlosc. o ile w przyszlosci jeszcze jakis album Blur powstanie, w co jest coraz ciezej wierzyc…
najlepszy moment: CARAVAN
ocena: 8,5/10