rageman.pl
Muzyka

Marilyn Manson

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: Marilyn Manson, Dead Posey

 

Myślę, że każdy kto wsiąkł w muzykę w metalową (a przynajmniej jej lżejsze formy, czytaj: nu-metal) na przełomie wieków z automatu zahaczał też o industralny rock/metal, a przynajmniej najpopularniejsze nazwy w tym gatunku. Co dziwne nie było – to była dość podobna energia, zresztą zespoły te nierzadko jeździły na wspólne trasy i dla wszystkich, włącznie z fanami, były to dość naturalne zestawy. Nie inaczej było w moim przypadku, dlatego od kiedy w liceum zakochałem się w gitarach moim marzeniem było zobaczyć na żywo dwa zespoły z tychże rejonów industrialnych – Nine Inch Nails i Marilyn Manson. Nie spodziewałem się, że zajmie to prawie 30 lat. Ale w końcu udało się tego dokonać i to w tym samym roku.

O ile w przypadku NIN jakieś naciągane alibi dałoby się odnaleźć – dwie poprzednie wizyty w Polsce przypadały na okres w moim życiu w którym ostatnie o czym myślałem to koncerty – tak w przypadku Mansona wytłumaczeń brak, bo jegomość dość często wpada do Polski. Także do Warszawy – już byłem blisko uczestnictwa w poprzednim koncercie na Torwarze w ’18, ale w swej opieszałości nie przewidziałem jak szybko wyprzedadzą się bilety. Ale w końcu się udało, wystarczyło zapolować w dniu startu sprzedaży biletów, proste. Co nie znaczy, że nie miałem żadnych wątpliwości przy zakupie. Bynajmniej.

Przede wszystkim – Manson znów stał się w wielu miejscach persona non grata. Można by rzec, że zatoczył swoiste koło, bo już pierwszemu koncertowi w Polsce (na, a jakże, Torwarze) towarzyszyły rozmaite protesty. Przy czym tam głównymi prowodyrami byli Obrońcy Kościoła Katolickiego, którzy obawiali się, że zagranie piosenek pokroju „Rock is Dead” czy „The Beauiful People” ściągnie na Polskę Apokalipsę (na szczęście nic takiego się nie stało). Tym razem jednak zarzuty były o wiele poważniejsze – bo choć został oczyszczony z zarzutów (m.in. o przemoc domową czy napaść seksualną), to smród tamtych oskarżeń wciąż się za nim ciągnie. I nie chciałbym robić z tej recenzji rozprawki nt. oddzielania dzieła od twórcy, więc powiem tak – wyznaję zasadę domniemywania niewinności. Nie zawsze jest to konsekwentne, bo nie będę kłamał, że tak samo traktuję artystów których nie lubię i tych, którzy odegrali kluczową rolę w moim rozwoju. Więc zarzuty o hipokryzję przyjmuję pokornie na klatę.

Przejdźmy do lżejszych wątpliwości. Nie będę ukrywał, że ostatnim albumem MM który naprawdę polubiłem był „Holy Wood”, czyli, jakby nie patrzeć, rzecz wydana ćwierć wieku temu. A po drodze zdarzyło się dość sporo albumów – niektóre z dość fajnymi singlami („The Golden Age of Grotesque”, „We Are Chaos”), ale każdy kolejny oddalał go od szczytu osiągnietego w latach 90tych – tak artystycznie, jak i komercyjnie. A mówimy o kolesiu, który swego czasu obok Eminema był uznawany za jednego z najbardziej niebezpiecznych muzyków w USA! Dlatego też zakładając, że każdy nowy album oznacza dorzucenie coś z niego do koncertowej setlisty obawiałem się, że na koncercie usłyszę dwie, może trzy piosenki które lubię.

Last but not least… Lubię czasem na YouTube sprawdzić wykony koncertowe zespołów które lubię, a zwłaszcza tych, których wciąż nie widziałem na żywo. Konfrontacje z wrzutkami z koncertów Mansona są zazwyczaj dość przykre. Ciężko nawet powiedzieć czy gorzej się tego słucha czy ogląda – bo to zazwyczaj cały pakiet, Mansona w cugu alkonarkotykowym, który miota się po scenie ledwo dysząc i reszty zespołu ratującego show jak tylko mogą. Zresztą nawet opinie tych, którzy byli na ostatnich kilku koncertach MM w Polsce sugerowały, że więcej w tym radości z obcowania z (jakby nie patrzeć) legendą niż autentycznej przyjemności ze słuchania muzyki.

Ktoś mądry kiedyś powiedział, że lepiej się miło rozczarować niż niemile zaskoczyć. Być może więc miałem zbyt małe oczekiwania, ale faktem jest, że ten koncert mnie rozwalił doszczętnie.

Zacznijmy może od końca – Manson jest w formie FENOMENALNEJ. Rzadko kiedy na koncertach rockowych mam rozkminy o backtrackach, bo być może naiwnie, ale wierzę że w tym gatunku ludzie poważniej podchodzą do słuchaczy. Ale wczoraj zastanawiałem się nad tym nieraz nie wierząc, że ten sam facet, któremu zdarzało się podczas koncertu ledwo stać na nogach jest w stanie śpiewać i wydzierać się jak 30 lat temu. Tu nie trzeba było uciekać się do sztuczek i efektów – w gruncie rzeczy, nie licząc „krzyżowej” oprawy świetlnej (w tym neonu „mOBSCENE” podczas utworu o tymże tytule) i przebieranek głównego bohatera (podczas „Torniquet” zaprezentował nawet umiejętności poruszania się na szczudłach), to był to dość skromny spektakl, pozbawiony choćby telebimów. Widać też było, że Mansonowi służy aktualna konfiguracja personalna muzyków towarzyszących – choć w zespole nie ma już nikogo (poza liderem rzecz jasna) pamiętającego czasy największej świetności (w tym dla mnie najbardziej nieodżałowanego Twiggy Ramireza), to nie można powiedzieć, by Mansonowi towarzyszyły no-name’y z łapanki, wszak mamy tu byłych muzyków np. Dillinger Escape Plan, Rob Zombie czy Code Orange. I co najważniejsze – to jest Zespół, który widać i słychać, nikt ich nie ukrywa za kotarami by przypadkiem nie skradli show Gwieździe.

Gwieździe która, wygląda na to, chyba w końcu znalazła jakiś wewnętrzny spokój. Bo forma fizyczna i wokalna to jedno, ale w życiu bym nie pomyślał, że w kontekście Mansona do głowy przyjdą mi takie epitety jak „miły” czy „grzeczny”. Ale tak to wczoraj wyglądało – wielokrotne podziękowania i wyznania miłości dla zebranych, serdeczności z zespołem (przypominam że mówimy o kolesiu, któremu nieraz zdarzyło się rzucić np. statywem w kolegę obok), po prostu dobra aura. Nawet pogadanka o narkotykach przy, zgadliście, „I Don’t Like the Drugs (But the Drugs Like Me)” była raczej zgrywą, zwłaszcza że przerwała odegranie tego utworu po zaledwie kilku taktach.

Oczywiście „I Don’t…” był jednym z tych utworów na które czekałem i normalnie byłoby mi żal że nie wybrzmiał w całości. Okazało się, że sama setlista też stanęła na wysokości zadania – pomijając cztery utwory z najnowszego „One Assassination Under God, Chapter One”, koncert był jedną wielką wycieczką w przeszłość. I to czasem w jej najbardziej zaskakujące rejony – taki „Long Hard Road Out of Hell”, utwór z soundtracka do „Spawn” (obejrzałbym znów!) sprzed prawie 30 lat grają po raz pierwszy właśnie na tej trasie. Były też bardziej oczywiste rzeczy, jak odśpiewany przez wszystkich „Sweet Dreams (Are Made of This)”, cudownie wieńczący koncert „Coma White” czy utwór, bez którego nie wyobrażałem sobie tego koncertu, czyli „The Beautiful People”.

Łyżka dziegciu? Chyba jednak liczyłem na trochę więcej z „Antichrist Superstar” (poza wspomnianymi „TBC” i „Tourniquet” był jeszcze „Angel With the Scabbed Wings”), fajnie pewnie byłoby też usłyszeć „Rock is Dead” (choć to nierealne życzenie, bo nie grali go ani razu na obecnej trasie) czy cokolwiek z „Portrait of an American Family” (tu już większe było prawdopodobieństwo, bo zdarzało im się grać „Get Your Gunn”). Ale podkreślę – przed koncertem zastanawiałem się, czy facet w ogóle dogra koncert do końca, a finalnie dostałem jeden z koncertów roku. Tu naprawdę nie wypada wybrzydzać.

(jeszcze słowo o supporcie, Dead Posey – brzmieniowo dopasowane do gospodarza wieczoru, zresztą wokalistce pomiędzy normalnym śpiewem zdarzało się „zamansonować”, ale jakościowo… nigdy nie mów nigdy, ale myślę, że nie dożyjemy czasów, gdy to Manson będzie supportować Dead Posey)

 

najlepszy moment: THE BEAUTIFUL PEOPLE

ocena: 9/10