Biara & Grzech – Vol II
wydawca: Wielkie Joł
Zanim przejdziemy do sedna – nie ma sensu przepraszać za kolejną niezapowiedzianą przerwę w recenzowaniu, jako że zapewne już za chwilę nastąpi następna takowa. Co tu dużo mówić – life is a bitch, na dodatku bardzo absorbująca bitch. Trzeba jednak też przyznać, że zarazem bardzo atrakcyjna, także mimo wszystko nie narzekam. Nie składamy jednak broni, choć chyba już bezpowrotnie można zapomnieć o regularnych, prawie codziennych aktualizacjach na blogu. Inna sprawa, że może to odbić się wyłącznie pozytywnie na jakości wpisów – bo stęskniłem się za pisaniem o Muzyce jak jasna cholera!
A teraz meritum. Dziś o sequelu nielegala tandemu Biara & Grzech. Przyznaję bez bicia, że o ile jako wiernemu wyznawcy Wielkie Joł ksywka Grzecha (a właściwie młodegoGrzecha) jest mi doskonale znana, tak o rapującej połówce duetu nigdy wcześniej nie słyszałem. Może miałem takie prawo, a może znów wychodzi na wierzch moja ignorancja w rap-temacie… Nieważne. Istotniejsze pytanie jest takie, czy to wydawnictwo, poza dostarczeniem radochyi spełnienia twórcom (i słuchaczom-zajawkowiczom, rzecz jasna) jest w stanie wpłynąć na aktualny ich status? Mam obawy, że nie za bardzo. I nie chodzi o to, że panowie raczej nie mają aspiracji zostać polskim odpowiednikiem Macklemore’a & Ryan’a Lewisa, stawiając na sprawdzony przepis na newschoolowy rap aniżeli pop eksperymenty, choć melodyjne refreny nie są im obce. Problem w tym, że całość jest na tyle przyzwoita, by dać im szansę gry w rapowej ekstraklasie, ale trzeba mieć sporo życzliwości i nieposkromionej fantazji, by na tym etapie upatrywać w nich kandydatów do walki o sferę pucharową. Trzeba też odnotować, iż wprawdzie po niemrawym początku materiał z każdym kolejnym trackiem nabiera wigoru, ale dotyczy to głównie warstwy instrumentalnej. Biara stara się jak może, by nie odstawać zanadto poziomem od kompana (i raczej mu to wychodzi), ale nie ma co ściemniać – w jakimkolwiek bardziej liczebnym posse cut za cholerę bym go nie odróżnił od tłumu. Nie trzeba daleko szukać – w „Setki Powodów” bardzo łatwo nie zauważyć momentu, w którym wchodzi Tede. I nie jest to bynajmniej wrzuta w kierunku Ojca Dyrektora WJ…
By nie kończyć pesymistycznym tonem – odnotujmy kilka naprawdę niezłych bangerów („Postęp”, „Moja Logika”), dobre ficzury Numera i Szyny oraz „Dwudniowe Milionery”, gdzie Maryla Rodowicz spotyka Molestę. Trudno wyzbyć się wrażenia, że jest to materiał trochę bez historii, ale wstydu marce Wielkie Joł zdecydowanie nie przynosi.
najlepszy moment: POSTĘP (FEAT. MATEUSZ KRAUTWURST)
ocena: 7/10
