Run The Jewels – Run The Jewels
wydawca: Fool’s Gold
Tak jak optymalnym składem dla muzyki rockowej wydaje się zestaw wokalista+gitarzysta+basista+perkusista, tak w przypadku hiphopu trudno mi się oprzeć wrażeniu, że do pełni szczęścia wystarczy mi w zupełności zestaw mc i producent. Jasne, nie wyobrażam sobie by taki debiut Wu-Tangu był równie zajebisty, gdyby któregoś z członków klanu tam zabrakło, nie pada tam ani jeden zbędny wers. Niemniej to właśnie takie składy jak Gang Starr wydają mi się w rapie esencjonalne, stuprocentowe.
Ale Run The Jewels to coś znacznie więcej. I nie tylko dlatego, że osoba odpowiedzialna za podkłady równie mocno wymiata za mikrofonem. Przecież mowa tu o EL-P – jednym z tych kolesi, którzy nie tylko pchają rap do przodu, ale i wszerz, przez którego twórczość należało na nowo zdefiniować ramy gatunku. Killer Mike, który przeciętnemu słuchaczowi kojarzy się głównie z featuringów u Outkastu, za sprawą ostatnich wydawnictw solowych raz po raz udowadnia, że to nie on potrafi się podstosować do reguł rap-gry, a rap-gra do jego nietuzinkowej osobowości i flow. I choć panowie mieli okazję wcześniej współpracować z całkiem niezłymi efektami, to gwarancji na to, że to zderzenie światów Atlanty i Nowego Jorku na pełnowymiarowym wydawnictwie wypali nie było.
Obawy, jak jednak można było się spodziewać, były totalnie bezpodstawne. Krótko – mamy tu do czynienia z jedną z najlepszych kolaboracji w świecie rapu ostatnich lat, przy której Watch The Throne wydaje się być zajawką dla fanów rapu, którzy załapali się na ten gatunek poprzez single Norbiego (panowie zresztą doskonale zdawali sobie sprawę z przyszłych porównań do projektu bardziej popularnych kolegów, leciutko podszczypując ich w „Sea Legs”). Z zastrzeżeniem, iż mowa bardziej o ulepszonej wersji tego, co znamy z płyt El-P aniżeli nowej jakości. Czyli industrialny niemal klimat, bogactwo pieczołowicie budowanych aranży, brzmienie-żyleta, które paradoksalnie więcej ma wspólnego z oldskulem lat 80’tych aniżeli współczesnymi pierdołami i w bonusie zatrzęsienie smaczków (solówka gitarowa w „No Come Down”, bagienny klawisz w utworze tytułowym) oraz ficzuringi Big Boia i Prince Paula.
Jedna z najlepszych płyt (i nie jest to tylko moja opinia) w rapie tego roku dawana totalnie za bezcen. Matrix ostatecznie się wykopyrtnął.
najlepszy moment: RUN THE JEWELS
ocena: 8,25/10
