In Memoriam: Joka (12.05.1977-02.05.2025)
Każda śmierć i każde pożegnanie jest czymś bolesnym, smutnym, trudnym do zaakceptowania. Jeśli jednak patrzeć przez pryzmat dokonań pozostawionych przez żegnanego, bywa przeważnie tak, że z żalu wyłania się też wdzięczność – za dostarczone emocje, za wpływ i inspiracje. Jasne, zawsze można stworzyć jeszcze jeden album, wyreżyserować jeszcze jeden film, namalować jeszcze jeden obraz. Ale czasem już to co mamy w pełni wystarczy, by pamięć o Artyście nigdy nie zginęła.
Dzisiaj będzie jednak trochę inaczej. Bo poza wspomnianymi uczuciami żalu i wdzięczności pojawia się też Niespełnienie. Nie umiem pozbyć się myśli, że kariera Michała Martena, powszechnie znanego jako Joka, powinna potoczyć się inaczej, w większej korelacji z jego Talentem.
Jak wiadomo, nieszczęścia chodzą parami, a wybitności czwórkami. Metale mają swoją wszem i wobec uznaną „Wielką Czwórkę” thrashu, podobnie jak fani tennisa a nawet mody. Czy polski rap ma swoje Big 4? Nie spotkałem się nigdy z dywagacjami na ten temat, ale gdybym miał na bazie tego co wiem o polskim rapie i o czym słyszę wśród ludzi z otoczenia wychowanych na tym gatunku wskazać najważniejsze blueprinty, byłyby to: „Skandal” Molesty, „Nastukafszy” Warszafskiego Deszczu, „Kinematografia” Paktofoniki oraz „Księga Tajemnicza. Prolog” Kalibra 44 (oczywiście jak każda Wielka Czwórka, tak i tutaj można by wskazać „pretendentów do tytułu – debiuty WWO i WYP3, „Na legalu?” a nawet… „Alboom”). Przy czym z debiutem K44 sprawa jest o tyle skomplikowana, bo każda osoba związana z polskim hip hopem- czy to po stronie twórców czy fanów – na Najważniejszy dla Niego/Niej album wskaże zapewne któryś z pozostałych trzech albumów. Co jest dość zrozumiałe – słuchacz „Wiedziałem, Że Tak Będzie”, „Jestem Bogiem” czy „Gram w Zielone” i nie masz wątpliwości z jakim gatunkiem muzycznym i jaką subkulturą masz do czynienia. Tymczasem „Księga Tajemnicza”, z całym szacunkiem dla pozostałych albumów, zarezonowała szerzej. Ba, odważę się powiedzieć że jest to ulubiony rapowy album ludzi którzy wcale rapu nie lubią.
Jest taki słynny cytat o człowieku, który nie wiedział że czegoś się nie robi i właśnie to zrobił. Dokładnie tak samo to działa w Muzyce, gdzie najciekawsze dźwięki powstają na zadupiach oderwanych od świata. Tak było z Seattle’owskim grungem, ale też odważę się stwierdzić że nu metal Korna nie powstałby gdyby panowie zamiast w Bakersfield urodzili się np. w Nowym Jorku. Oczywiście bzdurą byłoby twierdzić, że panowie z Kalibra nie mieli przed wypuszczeniem debiuty styczności z rapem – wszak ich Zakon Marii to nic innego jak przedłużenie Shaolińskich tradycji Wu Tang Clanu. Niemniej jednak psychorap który stworzyli to rzecz unikalna, nie tylko w skali polskiej. Brzmienie, którego nikt nie miał odwagi powtórzyć (a jeśli próbował to słusznie o tym zapomniano). W internetach znalazłem tezę, że jest to najbardziej blackmetalowy rapowy album i trudno o lepsze ujęcie tematu, choć zapewne Ślązacy z K44 zupełnie nie mieli takich intencji. Ale podobieństw jest mnóstwo: począwszy od chałupniczego brzmienia, które świadczy przede wszystkim o szczerości intencji twórców, kończąc na efekcie wywieranym na suchaczu. „Księgi” nie słucha się dla relaksu, jako soundtracku do przypalenia blanta i wychillowania, choć paradoksalnie przecież sam album jest jedną wielką odą do marihuany. Ale kiedy słucha się tego albumu, słyszy się przede wszystkim Krzyk – nie metalowy, ale jednak podobnie jak w metalu ma się wrażenie, że słucha się ludzi którzy są gotowi umrzeć na tym wzgórzu o którym rapują przez te 3 albumowe kwadranse.
Kiedy mówi się o „hitach” z debiutu K44, wybór jest oczywisty – „Plus i minus”. Opus magnum Magika, ale też po prostu Klasyk polskiej muzyki, nie tylko rapowej. Dla mnie jednak sercem tego albumu jest „Moja obawa (bądź a klęknę)”. To nie tylko – w mojej opinii – najbardziej przejmujący utwór z całej tracklisty, ale przede wszystkim najbardziej szokujący. Nie wiem czy jest drugi w polskiej muzyce utwór tak otwarcie nie tyle konfrontujący się z Bogiem, co zwyczajnie kwestionujący jego istnienie. Szokował ten utwór tym bardziej, że powstawał w czasach, kiedy Polska, w całej jej długości i szerokości, wciąż klęczała przed Janem Pawłem 2 i nawet na lewicy nie myślano o zdejmowaniu krzyża skądkolwiek. A tu nagle nastolatek (!!!) każe się przyznać Bogu że go nie ma.
I gdyby Joka stworzył w życiu tylko „Moją obawę” to już na zawsze zapisałby się w historii polskiej muzyki. Ale nie. I tak jak napisałem lata temu w recenzji „Księgi tajemniczej”, tak zdania nie zmienię – dla mnie Joka to MVP tego albumu, nawet większy niż Magik. To jego głos najlepiej odnajduje się w tych brzmieniowych warunkach, ale też jego wersy są najbardziej zapamiętywalne. Kiedy myślę o tym albumie – ale też kiedy wracam myślami do czasów gdy geniusz tego albumu przetaczał się przez Polskę, a ja z wypiekami na twarzy czytałem wywiady z zespołem w Brumach i innych Machinach – widzę przede wszystkim twarz Joki i ten jego łobuziarski uśmiech.
Co było potem? Totalne porzucenie psychorapowych zasad gry na rzecz dźwięków ewidentnie bliższych temu, co na świecie rozumiano jako rap. Dla wielu „W 63 Minuty Dookoła Świata” jest albumem nie mniej klasycznym niż debiut – tu pozwolę się wyłamać, bo choć oczywiście turbo szanuję ten album, to zawsze bliższy był mi „3:44”, który wielu uznało za rozczarowanie. Nie upieram się że to najbardziej obiektywna opinia świata – ot, trafił do podatny grunt, kiedy katowałem „Kinematografię” i znów chłonąłem rapowe dźwięki garściami. Faktem jest jednak to, że kolejne albumy K44 to stopniowe przejmowanie pozycji lidera przez Abradaba. Czy kosztem Joki? Na „3:44” rapuje już ich tylko dwóch, więc „czasu antenowego” teoretycznie mają więcej niż przed odejściem Magika. A jednak z dzisiejszej perspektywy słychać, że „3:44” to swoiste preludium do tego co miało nastąpić.
A nastąpiła solowa kariera Abradaba, któremu za sprawą hitu „Rapowego Ziarna” udało się dotrzeć nawet do fanów mainstreamu i który z powodzeniem nagrywa do dziś – choć wiadomo że i jego trochę zmiotła z planszy Nowa Fala Polskiego Rapu. A Joka… znikł. Najpierw totalnie, emigrując do Stanów Zjednoczonych na kilka lat. Potem wprawdzie wrócił, dograł się bratu do solowego hitu „Rap to nie zabawa już”, by w końcu w ubiegłej dekadzie reaktywować markę Kaliber 44, zarówno koncertowo jak i studyjnie (będę jednak szczery, „Ułamek tarcia” zupełnie mnie ominął). Ale, mówiąc wprost, to zwyczajnie nie było to. Trudno też było oprzeć się wrażeniu że to Abradab ciągnie za uszy cały projekt. Artystycznie, ale też chyba i mentalnie. Nie chcąc wchodzić w prywatę trzeba odnotować, że internetowa brać już jakiś czas temu komunikowała problem – przyczyną był video wywiad w Trójce, gdzie Joka wyglądał zwyczajnie źle. Czy należy to łączyć z tym co się stało w weekend? Być może, choć jakie to też ma znaczenie.
Być może też ta kariera mogła się potoczyć inaczej. Być może w tym wpisie zachwycalibyśmy się też solowymi dokonaniami starszego z braci. Cieszylibyśmy się, że wymieniany jest on jednym tchem z innymi legendami polskiego rapu jak Sokół, Tede czy Pezet. Ale też być może czasem przeznaczeniem artysty jest żywot komety, która mignie tylko na chwilę, ale też wystarczająco długo by na zawsze zapaść w pamięć tych którzy mieli szczęście ją zobaczyć.