rageman.pl
Muzyka

Beach Weather

gdzie: Proxima, Warszawa

kto: Beach Weather

W tym roku postanowiłem zmniejszyć ilość koncertowych wypadów tylko do tych, na których mi naprawdę zależało (i muszę przyznać patrząc na minione 9 miesięcy, że i tak trochę tego się uzbierało). W ten weekend postanowiłem zrobić jednak wyjątek od reguły.

Czy było warto? W sumie tak, choć niekoniecznie tak musiało być. Bo powiedzmy sobie szczerze – Beach Weather, bo oni są bohaterami dzisiejszego wpisu, to zespół na wskroś sympatyczny, ale skłamałbym mówiąc że widzę przed nimi świetlaną przyszłość. Swoją drogą ich status debiutantów to taka ciut pół-prawda, bo niby w tym składzie grają od ’22 roku i zadebiutowali fonograficznie rok później, to 2/3 składu grało pod tą samą nazwą jeszcze w ubiegłej dekadzie. Po 5-letniej przerwie postanowili dać sobie ponownie szansę i za drugim razem „pykło”.

A wszystko przez jeden utwór, który choć pierwotnie wydany jeszcze w 2016 roku, to na właściwe życie musiał poczekać długich sześć lat – aż do nastąpienia ery TikTika. Mowa rzecz jasna o „Sex, Drugs, Etc.”. Numer w sumie niespecjalnie wyróżniający się spośród innych propozycji Beach Weather – ot, rozleniwiony indie pop, idealny na playlisty z wakacyjnych chillem – będąc zarazem świetną wizytówką ich stylu. Ale jak kapitalnie to wwierca się w uszy!

Oczywiście zabrzmiał on i w Proximie, jak można było się spodziewać – na samym końcu setlisty (bisów zabrakło). Setlisty, dodajmy, dość długiej, bo liczącej blisko 20 utworów. Trasa promuje wydany w zeszłym roku „Melt”, więc dziwnym nie było, że to właśnie numery z tego albumy dominowały. Ale żeby od razu prawie cały album odegrać? To już trzeba mieć mocną wiarę – albo w popełnione dzieło, albo w fanów i ich wyrozumiałość. Sądząc po reakcji fanów (swoją drogą mało licznie zgromadzonej – mam przeczucie, że gdyby koncert odbył się rok temu jak pierwotnie planowano, kiedy jeszcze „Sex, Drugs, Etc.” wciąż mocno wybrzmiewał w eterze, mogło by być lepiej) to ryzyko się opłaciło. Nie będę jednak ukrywał, że mi znacznie bardziej podszedł debiutancki „Pineapple Sunrise”, więc ucieszyłem się z tych czterech tracków które wybrzmiały (nie licząc „Sex…”) – w tym dynamiczny „Unlovable” i lekko harrystylesowaty „Trouble With This Bed”. Miło, że nie zapomnieli o repertuarze z czasów pierwszej inkarnacji zespołu – „Chit Chat” zresztą rozpoczął całość.

W sumie dość sympatyczny wieczór i myślę że nie byłem w tym uczuciu odosobniony. Zapewne jeszcze nieraz do nas wrócą i życzę by do większego klubu. Bo chyba Open’er to mogą być za wysokie progi…

najlepszy moment: SEX, DRUGS, ETC.

ocena: 7,5/10

Leave a Reply