rageman.pl
Film

Krajobraz po bitwie

rok: 1970

reżyseria: Andrzej Wajda

Nigdy nie było na tym blogu o Andrzeju Wajdzie. Czas w końcu to nadrobić.

Będzie jednak dość nietypowo. Bo kiedy mowa o twórczości jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów, w pierwszej kolejności na myśl przychodzi trylogia wojenna, „Ziemia Obiecana”, może któryś z „Człowieków z…”. Ta lista jest dość długa, ale mam wrażenie że nigdy nie pojawia się na niej „Krajobraz po bitwie”.

Z jednej strony nie do końca to rozumiem. Jest tu wszystko, co mogłoby się składać na kolejny wybitny film Wajdy. Przede wszystkim znów mamy tu Człowieka rzuconego w wir historycznych dla Polski wydarzeń. Tadeusz, bo o nim mowa, to ocalały więzień obozu koncentracyjnego, którego dramat bynajmniej nie skończył się w momencie wyzwolenia obozu przez wojsko amerykańskie. Zostaje ono bowiem przekształcone w obóz dla uchodźców, ponownie bez możliwości opuszczenia go. Koszmar zaczyna się niejako od nowa, a nadzieje na nowe życie zdeptane. Pewnego dnia do obozu zostaje przetransportowana Nina, pełna wigoru dziewczyna pochodzenia żydowskiego. Tadeusz, introwertyk o duszy artysty, z pewnym dystansem ale stopniowo poddaje się jej urokowi i razem zaczynają poddawać się marzeniu o ucieczce z obozu.

Nie odważyłbym się powiedzieć że Olbrychski w „Krajobrazie…” zagrał rolę życia, nawet niekoniecznie musi być to jego najlepszy występ w filmie Wajdy. Na pewno jednak jest to jedna z jego bardziej nietypowych ról. Bo oto ten, którego prezencja na ekranie iskrzy witalnością i który z taką samą łatwością zdobywa serce i pokonuje szablą przeciwników, tutaj gra wychudzonego wrażliwca bez jakiejkolwiek sprawczości. Przed seansem na Timeless Film Festival opowiedziano ciekawą anegdotę tłumaczącą dlaczego przez większość filmu Olbrychski chodzi w o wiele za dużym swetrze – bo tylko dzięki niemu dało się jakoś „przykryć” muskulaturę aktora, który dopiero co grał Azję Tuhajbejowicza w „Panu Wołodyjowskim”. Niemniej jednak show tu kradnie Stanisława Celińska jako Nina – co za żywioł! Przyznam bez bicia, że dotychczas kojarzyłem panią Celinską wyłącznie z jej późniejszą, raczej spokojniejszą prezencją, tak na ekranie jak i na scenie. Lubię takie kinowe zaskoczenia.

Ale jest też druga strona medalu. Otóż film na podstawie opowiadania, z literatą w roli głównej, trudno by wybrzmiewał inną nutą niż natchnioną, wręcz poetycką. Co samo w sobie oczywiście bynajmniej nie jest wadą. Ale też trudno nie zauważyć, że ta stylistyka nie jest najbardziej naturalna dla Wajdy, przez co całość może wydawać się odrobinę bełkotliwa, a w najgorszych momentach zwyczajnie nudna. Zdecydowanie lepiej się ten film ogląda niż słucha (przy czym mam na myśli ścieżki dialogowe – bo muzykę Vivaldiego wykorzystano tu absolutnie wspaniale). I przy takim nastawieniu daję się „Krajobrazowi” porwać w pełni.

Jeśli już znacie kanoniczne dzieła Wajdy i chcecie poszukać głębiej, „Krajobraz…” jest świetnym pierwszym wyborem.

najlepszy moment: każda scena z Celińską

ocena: 8,25/10

Leave a Reply