rageman.pl
Film

Diuna

rok: 1984

reżyseria: David Lynch

Wracamy do omawiania klasyków obejrzanych na Timeless Film Festival, a przy okazji uzupełnimy naszą bazę zrecenzowanych filmów Najwspanialszego z Reżyserów o kolejne dzieło. Choć być może będzie to jednocześnie najtrudniejszy wpis dotyczący twórczości Davida Lyncha.

Nie jest tajemnicą, iż Lynch uważał popełnioną przez siebie adaptację „Diuny” za swą największą porażkę artystyczną, a być może także i życiową – jak wiadomo, dla niego work life to było praktycznie jedno i to samo. Do tego stopnia, iż praktycznie odcinał się od tego filmu – jeśli wspominał o nim w wywiadach, to tylko jako o wyciągniętej lekcji na przyszłość, by nigdy nie zrzekać się pełnej kontroli nad dziełem. Niestety nie było w tym przekory – bo świat również nie obdarzył tej propozycji Lyncha zbyt namiętnym uczuciem, chociaż z czasem jakieś grono sympatyków zyskała (choć bardziej wśród kinomanów niż krytyków). Przez długi czas jednak była to jedyna adaptacja filmowa arcydzieła Franka Herberta, więc siłą rzeczy nie pozwolono jej popaść w zapomnienie. Czy jednak dziś, kiedy mamy prawdopodobnie definitywną adaptację popełnioną przez Denisa Villeneuve’a, warto jeszcze wracać do filmu z ’84 roku? Cóż, będę twierdził że tak. Bo ten film to nie jest żaden potworek, film-tak-zły-że-aż-dobry, guilty pleasure etc. Ba, powiem więcej – według mnie on ma tylko dwie wady. Ale na tyle fundamentalne, że pogrążają cały film.

Po pierwsze – wizualnie przeokropnie się zestarzał. I nie mówię o scenografii czy kostiumach, bo w przypadku innego rodzaju filmu to te aspekty byłyby najważniejsze. Ale jeśli kręcisz epickie science fiction za kilkadziesiąt milionów dolarów to nie możesz mieć efektów specjalnych wyglądających jak wyciągniętych z filmów Tromy. I nie, rok produkcji to nie jest argument obronny – jakiś czas temu omawiałem tu „Łowcę Androidów”, po którym widać upływ czasu, a mimo to wciąż ogląda się go z zachwytem. Takie „Gwiezdne Wojny” (tj. OG trylogia) też wciąż wyglądają niczego sobie. „Diuna” Lyncha wyglądała fatalnie od kiedy pamiętam, także w czasach kiedy zachwycałem się grafiką w „Doomie”. George Lucas swego czasu podrasował efekty w „GW”, w przypadku „Diuny” mam jednak wątpliwości czy da się ten materiał uratować.

O ile za powyższe trudno obwiniać Lyncha, tak główna wada „Diuny 1984” obciąża już konto twórcy „Twin Peaks”, a przynajmniej także jego. Jest słynne porzekadło że adaptacje są jak kobiety – albo piękne albo wierne. I mogę się pod nim podpisać. Nigdy nie miałem problemu chociażby z tym, że w swojej wersji „Diuny” Villeneuve zmienił płeć Lieta Kynesa. Każda adaptacja jest przede wszystkim interpretacją i jeśli jakaś choćby najbardziej fundamentalna zmiana ma sens i się broni na ekranie, to nie mam z nią problemu dla zasady. Problem z „Diuną” Lyncha jest jednak głębszy – ten film to czysty chaos, nawet dla osób które książkę znają. I jeśli świat też wyciągnął jakąś lekcję z tej adaptacji to taką, że tej historii nie da się opowiedzieć w jednym filmie, choćby i trwał trzy godziny. Zrozumiał to Villeneuve robiąc dwie części, ale już Jodorovsky przymierzając się do własnej wersji w latach 70-tych chciał stworzyć 10-godzinny film. Pomysł uznano za szalony, ale dziś już wiemy że niekoniecznie takim był. OK, gdyby chcieć pokazać jak Paul Atryda stopniowo budował swą pozycję na Arrakis być może najlepszym formatem byłby wielosezonowy serial. Ale oglądanie „Diuny” Lyncha przypomina bardziej czytanie książki nie tyle z powyrywanymi stronami, co wręcz z całymi rozdziałami. Lynch być może był tego świadomy, więc wpadł na pomysł (choć jestem skłonny uwierzyć że bardziej mu go zasugerowano) narracji z offu, która wytłumaczy to co widzimy, ale jeszcze bardziej to czego nie pokazano. Co teoretycznie miało sens, bo książka jest przepełniona rozkminami bohaterów. Ale w praktyce… Oh boy. Kojarzycie te tureckie seriale co lecą po południu na TVP? No to efekt niestety jest bardzo zbliżony. Nie wiem czy był drugi taki film na Timeless FF, na którym tak by się śmiano, głównie właśnie przez te monologi bohaterów. A przecież mówimy o filmie, który miała cechować powaga i majestat.

Skoro jest tak źle, to skąd tak wysoka ocena? Bo jest też jeden kluczowy walor tego filmu, nieosiągalny ani dla Villeneuve ani dla jakiegokolwiek innego reżysera któremu dano by pieniądze na ekranizację „Diuny”. WizjonerstwoArtystyczne szaleństwo. To czego mi najbardziej zabrakło w nowej wersji „Diuny”, która momentami wygląda jak kręcona na warszawskim blokowisku, mimo iż akcja dzieje się w przyszłości tak odległej, że można byłoby pokazać wszystko i nie być posądzonym o odklejone wizje. I Lynch tę możliwość wykorzystał. Przepych, kolory, przecudowny przerost formy, stylówy niemal wyjęte z filmów animowanych. Oglądasz i wiesz ze jest to kosmos, jak głosi tagline filmu „beyond your imagination”. Ale też kto miał w to miejsce zabrać jak nie Lynch?

No i ten film ma Stinga. W roli bad guy’a. Ale on był wtedy cool. Ale się go bałem oglądając film za dzieciaka. Zresztą no właśnie – wartość sentymentalna tego filmu dla mnie jest nie do przecenienia. Pisałem o tym już przy okazji recenzji „Diuny” Villeneuve’a, więc pokrótce – to ten film był moim pierwszym kontaktem z Lynchem. I nawet jeśli miało się okazać że najbardziej odległym od całokształtu jego twórczości, to i tak z tego powodu będzie miał on szczególne miejsce w moim serduszku.

najlepszy moment: ten argument o zajebistości Lynchowskiej „Diuny” zostawiłem na sam koniec: MUZYKA. TEN motyw przewodni! Dla mnie poziom porównywalny z tym co Williams popełnił do Gwiezdnych Wojen czy Indiany Jonesa. A żeby było ciekawiej, nie odpowiada za niego Badalamenti (ten miał się pojawić w świecie Lyncha dopiero kilka lat później), a… Toto. Tak, ci od „Africa”.

ocena: 7,75/10

Leave a Reply