Żeby Nie Było Śladów
reżyseria: Jan P. Matuszyński
Choć zawsze już będę się deklarował jako #teammuzyka, to uczciwie muszę przyznać, że film (/serial) ma nad muzyką jedną znaczącą przewagę – jest w stanie wywołać znacznie szersze spektrum emocji. Owszem, muzyka potrafi wzruszyć, rozweselić, zszokować, znudzić. Ale nie pamiętam, kiedy słuchając jakiegoś albumu bądź piosenki miałem ochotę walić pięścią z bezsilności. Po prawdzie nie pamiętam też jaki ostatnio film wywołał takie uczucie we mnie. I by tak mną wstrząsnął. Jak „Żeby Nie Było Śladów”.
Uczciwie tu zaznaczam, że nie czytałem nagrodzonej Nike książki Cezarego Łazarewicza, na którym oparto scenariusz filmu. Nie będę też udawał, że historia Grzegorza Przemyka jest mi doskonale znana. Pozwoliło mi to dać się pochłonąć fabule filmu od początku do końca, z jednym tylko znanym jej elementem, czyli śmiercią Przemyka. Który – co spoilerem nie powinno być – tu stanowi punkt wyjścia, prolog, który po hitchcockowemu ustawia kolejne godziny seansu. Seansu, który, gdybym wciąż palił, musiał co jakiś czas przerywać wyjściem na fajkę, i to bynajmniej nie z nudów.
Mimo, iż nawet plakat nie pozostawia złudzeń który wątek jest tym głównym, to historia ta mogła by być opowiedziana z przynajmniej kilku pełnowartościowych perspektyw – Barbary Sadowskiej (matki głównego bohatera), wrabianych w morderstwo sanitariuszy, rodziny głównego bohatera czy przedstawicieli władzy. Może nie na tyle by wyodrębnić z tego kilka osobnych filmów, ale tak jak w „Trafficu” poprowadzić narrację tak, by każdą z tych historii potraktować równorzędnie. Bo koniec końców głównym motywem, splatającym te historie, nie jest Jurek Popiel (fikcyjna postać, mimo iż opartej na rzeczywistym świadku pobicia Przemyka), a nawet nie Grzegorz Przemyk. Jest to film o demonie komuny, totalitaryzmu, zdeprawowania. O Złu przebranym w szaty ideologii, w swej najbardziej zaawansowanej formie – aparatu władzy. Gdzie władza jest sprawowana przede wszystkim w spustoszonych, podporządkowanych umysłach, przeświadczonych o wyższym celu uświęcającym najbrutalniejsze, najbardziej perfidne środki. Zło te, w nazistowskim i faszystowskim wydaniu, doskonale jest wszystkim znane, bo wielokrotnie sportretowane. Na tyle często, że zapomina się o jego późniejszym, ktoś może nawet powie że mniej spektakularnym obliczu. A przecież też masowo pochłaniającym ofiary. Trzeba to przypominać. Trzeba takich filmów jak 'Żeby Nie Było Śladów”.
Owszem, patrząc od technicznej strony, to zdecydowanie nie jest to film pozbawiony wad. O ile minimalistyczna muzyka czy obraz jakby ktoś nałożył podkręcony na maxa „filtr typu oldschool” znajdą swoich wielbicieli i przeciwników (ja akurat jestem w pierwszym obozie w obu kwestiach), tak chyba wszyscy się zgodzą że rola Sadowskiej została odegrana dość specyficznie – i jest to skrajny eufemizm. Wszyscy się też zgodzą, że tak jak w piłce nożnej, mimo drużynowości sportu, mecze wygrywają przede wszystkim napastnicy, tak filmy porywają przede wszystkim kreacjami aktorskimi – a ciężko byłoby mi uznać, że ktoś tutaj wzbił się na wybitny poziom. Tomasz Ziętek udźwignął rolę, ma świetne momenty, ale to „tylko” tyle. Ciekawie jest bardzo na drugim planie (Michał Żurawski, Aleksandra Konieczna, Jacek Braciak), choć o kradnięciu show mowy być nie może. Summa sumarum trudno mi pozbyć się rozkminy, na ile jakość filmu to zasługa historii, a na ile Matuszyńskiego jako twórcy.
Tyle, że ja nie jestem krytykiem filmowym, ani też nie zasiadam w Akademii która będzie decydowała o nominacjach i nagrodach oscarowych. Jestem prostym człowiekiem, idąc do kina chcę by film mnie poruszył, bym go zapamiętał, by adjustował moją perspektywę. „Żeby Nie Było Śladów” wszystkie te warunki spełnił. Dlatego ocena taka a nie inna.
najlepszy moment: „Świętej pamięci Grzegorza Przemyka pobił chłopak w brązowym swetrze, a łysy w golfie kazał bić tak, żeby nie było śladów”
ocena: 8,5/10
