Shelter – Beyond Planet Earth
wydawca: Roadrunner
Kontynuujemy historię Ray’a Cappo i spółki.
Dwa lata to w sumie niewiele, a jednak słuchając następcy „Mantry” wydaje się, jakby minęły lata świetlne. No, w każdym bądź razie w mikroświecie Sheltera, jak się okazało, czas płynął znacznie szybciej.
Nie będę ukrywał – mam do tej płyty ambiwalentny stosunek. Niby jest jeszcze ciekawiej – tym razem Cappo zaserwował nam totalny miszmasz stylistyczny, jeden wielki eksperyment. Czego tu nie ma – ska („Alone On My Birthday”), funk metal („Man Or Beast”), hard rock („In Praise Of Others”), czysty hiphop („Helpless”) oraz wszelkie odmiany punku – tego bliższego korzeniom gatunku („Hated To Love”), ale przede wszystkim jego popową mutację, po linii The Offspring czy nawet Blink 182 ( „Know So Little (So Well)”, singlowy „Whole Wild World”). Czyli jest niemal wszystko, prócz… hardkora. Ok, przesadzam, jest chociażby „Rejuvenile”, ale prawda jest taka, że gdyby ktoś zaczynał przygodę z Shelterem od tej płyty to nigdy w życiu nie wpadłby na to, że obcuje z zespołem wywodzącym się ze sceny hc.
I w tym momencie pada pytanie – jak daleko można odejść od korzeni? Nie chodzi już nawet o aspekt ideologiczny – nie róbmy z muzyków hc/punk niewolników, o mniejszych prawach niż ich koledzy po fachu z innych gatunków. Być może panowie z Sheltera uznali „Mantrę” za wyczerpanie tematu i postanowili spróbować czegoś innego. Tyle że schwycili tu tyle srok za ogon, że koniec końców w żadnym kierunku nie poszli i spokojnie można ten album uznać za początek końca zespołu. Może problem byłby mniejszy, gdyby zawarli większą dawkę przebojowości. No niestety – w porównaniu z „Mantrą” płyta wypada bladziutko. Co jest o tyle paradoksalne, że tutaj te melodie mamy przecież niemal wyłożone niczym kawa na ławę.
To nie jest zły album, wręcz przeciwnie. Tyle że w kontekście takiego poprzednika jak „Mantra” trudno nie mówić o rozczarowaniu. Dobrze przynajmniej, że ważki przekaz został oraz Krisznowe jazdy, jeszcze bardziej słyszalne w samej muzyce (track tytułowy, „Eleventh Day Of The Moon” – skądinąd najbardziej intrygujące fragmenty płyty).
(tu także mamy do czynienia z reedycją poczynioną przez Metal Mind, tym razem poza klipem do „WWW” – który ze swoją „kolorowatością” musiał działać jak płachta na byka wszelkich obrońców hardkoru – mamy rapmetalowo brzmiący „Shelter” oraz remix „Man Or Beast”, dzięki ożenieniu gitar z elektroniką mający coś z Shaka Ponk czy nawet The Prodigy)
najlepszy moment: BEYOND PLANET EARTH
ocena: 7,5/10
