Pitbull
gdzie: Tauron Arena, Kraków
kto: Pitbull, Shaggy
Byłem na koncercie Pitbulla i się tego nie wstydzę. A wręcz przeciwnie.
OK, przyznaję – jeszcze kilka lat temu taka sentencja w życiu nie przeszłaby mi przez myśl. Bynajmniej nie dlatego, że koncert Pitbulla w Polsce byłby czymś nierealnym. Tak się śmiesznie składa, że 13 lat przed tym jak dwa dni z rzędu wyprzedał krakowską Arenę, wystąpił w moim rodzinnym Gdańsku… w strefie kibica, w ramach Euro 2012. Powtórzmy: strefa kibica. Nie wiem czy był to darmowy koncert bądź nie, ale wtedy nawet mnie to zbytnio nie interesowało.
Zatem zadajmy sobie to kluczowe pytanie – jak to się stało że z króla obciachu, wkurwiającego wszystkich swoją wszechobecnością i rujnującego co drugą piosenkę z list przebojów Mr. Worldwide stał się cool, muzycznym ekwiwalentem Keanu Reevesa z memowym potencjałem Chucka Norrisa, uwielbianym przez wszystkich i co najważniejsze – słuchanym całkiem serio, bo przecież dla beki nie wydaje się kilkaset stów na koncert?
Odpowiedź brzmi – nie wiem! Na pewno nie miał na to wpływ sam Pitbull – chłop konsekwentnie napierdziela ten swój electro-hop / pop-rap od lat, a przynajmniej od przełomowego „Pitbull Starring in Rebelution”. Ale może właśnie ta konsekwencja zadziałała? Teraz, kiedy już jego osoba nie atakuje tak zewsząd i można bez uprzedzeń podjąć się oceny całości postaci można dostrzec, że chłop ma ewidentnie swój styl, a hity których naprodukował od groma to są certyfikowane bangery. Czy jest to obiektywnie dobre? Zapewne nie. Czy spełniają swoją rolę i słysząc je bezwarunkowo chce ci się tańczyć? Rany boskie, tak. Znów nie wierzę że to piszę, ale do Pitbulla trzeba dojrzeć. Przy czym dojrzałość rozumiem w tym wypadku jako wyciągniecie kija wiadomo skąd i zrozumienie, że świat nie może się składać z samych Davidów Bowie i Larsów von Trierów. Mówiąc wprost – człowiek potrzebuje czasem się odmóżdżyć i posłuchać/obejrzeć coś, co sprawi mu nieskrępowaną Radość.
Patrząc jednak na przekrój osób zgromadzonych 23 czerwca w Tauronie (nie mam powódów by mysleć, by na drugim koncercie mogło być inaczej), widać że pomogła też pewna zmiana pokoleniowa. Jak na moje oko zdecydowana większość publiki to były osoby, które do Pitbulla prędzej tańczyły na dyskotekach szkolnych niż na studenckich imprezach. Co miałoby sens – bo tym osobom kojarzy się on z beztroską dzieciństwa, a nie z męczącym zdominowaniem radia i muzycznych telewizji. Ciekawie kontrastuje to z koncertem takiej Beyonce na Narodowym – Artystki zdawałoby się zdecydowanie bardziej relewantnej niż Pitbull, a jednak gromadzącej publikę która doskonale pamięta pierwsze hity pokroju „Crazy in Love”. Dodajmy też, że młodszy słuchacz to też słuchacz o wiele bardziej zaangażowany, także jeśli chodzi o outfit koncertowy – co druga osoba miała na sobie Pitbullowy zestaw czepek i awionetki. Tym samym nie odbiegliśmy od innych krajów w kwestii ugoszczenia Króla Wixy.
Czy ten się odpłacił? Jeszcze jak! Z filmików na socialach raczej wiedziałem, że facet nie jest minimalistą grającym do podkładów z laptopa, niemniej i tak cały band mógł zaimponować. Ale już tego, że taki rockowy zestaw muzyków zacznie koncert od instrumentalnej wersji „Enter Sandman” to bym się w życiu nie spodziewał. Płynnie przeszli w „Fight for Your Right” Beastie Boysów, a już po wejściu Pitbulla – w autorskie „Don’t Stop the Party”. Utwór de facto definiujący cały koncert. Bo to była jedna wielka Impreza. Jasne, dla niektórych pewnie zbyt seksistowska, bo to co robiły tancerki na pewno nie miało nic wspólnego z baletem, ale też skłamałbym mówiąc że czułem jakiś wielki dyskomfort. Takie czasy, w których są o wiele większe problemy niż twerkujące tancerki.
Przed koncertem można było się zastanawiać jak będzie wyglądać koncert kogoś, kto jest jednym wielkim featem – bo albo ktoś u niego śpiewa refreny, albo on dogrywa się do innych. O ile na koncertach rapowych utwory z gościnnymi szesnastkami są zwyczajnie skracane, tak w przypadku koncertu mimo wszystko popowego trudno było mi to sobie wyobrazić. A jednak nie stanowiło to najmniejszego problemu – kawał roboty w tej kwestii odwaliły kapitalne wizualizacje, nie tylko oddające imprezowy charakter eventu, ale też dzięki którym wszystkie Keshe i Jennifer Lopezy były jak najbardziej obecne.
Dobra, a co z Gospodarzem wieczoru? Jeśli ktoś obserwuje go na socialach ten wie, że równie mocno co Impreza zajmuje go Filozofia… OK, trochę heheszkuję, ale przyznam że niektóre jego gadki motywacyjne są absolutnie rozbrajające (wiecie że „impossible” to tak naprawdę „I’M POSSIBLE”?). Aż tyle tego nie było na koncercie, ale coś tam się załapało, jak np. przed „Time of Our Lives”, a przede wszystkim przed kończącym całość „Give Me Everything”. Tu Mr. Worldwide rozgadał się konkretnie, opowiadając i pokazując zdjęcia szkoły którą wybudował w rodzimym Miami. I ten moment był zarazem kluczem do zrozumienia zarówno całej imprezy, jak i samego Pitbulla – bo tu nie chodzi o żaden hedonizm, imprezowy downward spiral, a po prostu o Zabawę i wynikającą z niego Radość. W kontekście syfu jaki toczy teraz naszą planetę taki dwugodzinny eskapizm do świata beztroskiej rozrywki to jest jak nie tyle łyk wody, co całe bajoro na pustyni. Może i nawet to bardziej efektywne niż agitka polityczna rodem z U2 czy RATM? Pewnie pokojowego Nobla z tego nie będzie, ale naprawdę wierzę że świat potrzebuje więcej takich Pitbulli.
Jak porównać taki koncert do Alanis Morissette czy Mystic Festivalu, gdzie chodzi o zupełnie inne emocje? No nie da się, choć skala ocen powinna być taka sama dla wszystkich. Ale jeśli uzależnić ocenę od tego, czy koncert spełnił swoją rolę, to widząc absolutnie całą arenę śpiewającą „Give Me Everything” nie mam wątpliwości czy się to udało. A ocenę tym chętniej podwyższam za support w postaci Shaggy’ego – to dopiero była wycieczka w przeszłość! Już od samego początku, jak zaczął Boombastikiem. Aż mi się gumą turbo odbiło.
najlepszy moment: GIVE ME EVERYTHING, tu nie może być innego wyboru
ocena: 9,25/10