Dr. Dre – 2001
rok wydania: 1999
wydawca: Aftermath
a teraz przyjrzyjmy sie, jak producenckie plyty tworza krolowie tego gatunku.
juz tylko oszolomy przejmuja sie podzialem amerykanskiego rapu na Zachodnie i Wschodnie Wybrzeze jako przeciwstawnymi sobie wartosciami. ale jesli ktorys z tych oszolomow przystawilby mi lufe do skroni i kazal wybierac, to chyba bym wybral Zachod. maniakiem nie jestem, ale jakos tak sie zlozylo, ze moje ulubione rapowe albumy i zawodnicy skupieni sa wokol L.A. Snoop, Ice Cube, Cypress Hill jako pierwsze przyklady z brzegu. wielbiciele 2paca wydawali mi sie zawsze taka hiphopowa odmiana licealnych nirvanowek („bo on takim tragicznym bohaterem byl, kumasz”), ale szacun jest. trzeba sie specjalnie glowic nad wspolnym mianownikiem dla wiekszosci wykonawcow z tej czesci wybrzeza. G-Funk. funkowe sample, syntezatorowy urodzaj i ciezki beat. za to odpowiada bohater dzisiejszej notki, Dr Dre.
dr Dre to jest koles! nieraz mowilem ze Timbaland to mistrzunio, lubie niektore produkcje The Neptunes (w temacie Will.i.am’a czy innego Diddy’ego wykazuje sie daleko posunieta ignorancja i dobrze mi z tym), ale jesli chodzi o te najwieksze komercyjnie producenckie marki to powtorze – Dre to jest koles! i chociaz „The Chronic” to niekwestionowany klasyk, to „2001” byc moze jeszcze bardziej potwierdza jego „kolesiostwo”! i aby sie o tym przekonac najchetniej polecalbym po prostu posluchanie „2001”, „bo to sie czuje”, no ale okej, sprobujmy jakies argumenty sklecic.
komercjalizacja rapu postepuje w zastraszajacym tempie i trudno porownywac „2001” do dzisiejszych wydawnictw typu „Shock values” timbalanda. moze kiedy dre wyda w koncu oczekiwany od 10 lat „Detox” to bedzie trzeba zrewidowac to co zaraz tu napiszemy. ale w roku 1999, kiedy hip hop dawno od dlugiego czasu goscil na salonach, taka plyta jak „2001” mogla byc dowodem calkiem niemalej odwagi. i ni chodzi ani o liscia wiadomej rosliny czy znaczek ostrzegajacy przez niegrzecznymi tekstami. to co fascynuje najbardziej w muzyce z tej plyty to to, ze buja niewyobrazalnie i wpada w ucho momentalnie, a mimo to NIE MA mozliwosci, by zarzucic jej popowosc. underground to owszem nie jest, jesli ktos nie slyszy roznicy miedzy np „Next Episode” a np „I got it from my mama” williama to znaczy, ze ma powazne zaleglosci u laryngologa. pewnie, mozna powiedziec ze timbo czy lider black eyed peas udanie inkorporporowali do hiphopu elementy popowe, tak jak dre postapil z funkiem. ale stad juz rzut beretem do tlumaczenia mezo i verby, ze udanie wpletli do rapu dzwieki disco polo. co wiecej – dre na „2001” poszedl jeszcze dalej w rozwijaniu swej odmiany hiphopu. bo tu juz nie ma tylu sampli jak na Chroniku, wiec zaden Mamoń nie zalapie sie na piosenki, ktorych melodie skads juz zna. melodie, ktore brzmia jak funkowa klasyka, choc odegrano je pod koniec ubieglej dekady. yeah.
co tez stanowi jawne zaprzeczenie dzisiejszemu mysleniu o plycie hiphopowej to „ekipa ficzuringujaca” na tej plycie. zajebiscie liczna, praktycznie w kazdym kawalku rapujacemu Dr Dre ktos towarzyszy. dre jest srednim raperem, ktory jak wiadomo ma za soba sztab ghostwriterow. ale w ten sam sposob moznaby wytlumaczyc 99% dzisiejszych plyt mainstreamowego rapu, wiec nie w tym rzecz. chodzi o to, kogo zebrano na tej plycie. Doktor mogl nagrywac z kazdym. a tymczasem facet ograniczyl sie do znajomkow z wybrzeza (przewaznie tych nagrywajacych w jego labelu), na dodatek takich, ktorych xywy w wiekszosci przypadkow do dzis nie mowia nic przecietnemu zjadaczowi rapu. zreszta, pojawiajacy sie tu Eminem w ’99 roku byl swiezo po debiucie, a Xzibit byl wciaz-dobrze-zapowiadajacym-sie-raperem, ktoremu przypadkowa kariera poprzez „Pimp my ride” nawet sie zapewne nie snila. Mary J Blidge pojawia sie dopiero w zamykajacym plyte „The Message”, ktory choc uroczy, to ma sie do reszty plyty jak piesc do nosa, przez co spelnia raczej amrginalna role. no a obecnosc Snoop Dogga, najwiekszego obok Eminema odkrycia Dre, to oczywizm. i choc niejaki Hittman, ktory na 2001 pelni podobna role co Snoop na Chronic, to mocno sredni gracz, to jednak cieszy ze Dre postawil na mlodziez. z ktorej, poza wspomnianym Eminemem i Xzibitem, zwraca uwage takze Kurupt i Devin The Dude, a takze przyszly mega producent Scott Storch.
taki dobro gosci zlozyl sie tez na spojnosc albumu. nawet jesli bysmy przyjeli, ze brzmienie Dre to pop, to „2001” daleko jest od bycia przypadkowym zestawem typu pare obliczonych na sukces trackow i wypelniacze. concept album to moze od razu nie jest, ale jest w tych dzwiekach jakas historia, jakas filmowosc. obecnosc postaci ze swiata filmu typu Eddie Griffin czy Tonmy Chong tylko poteguje to wrazenie. a skity to brzmia jak zywcem wyjete z filmu. a o czym film o nazwie „2001” opowiada? tresci niestety niezrozumiale, momentami nawet smieszne dla zwyklego sluchacza. no chyba ze ten zwykly sluchacz zarabia miliony, ma zatarg z poprzednim wydawca, bierze udzial w porachunkach gangsterskich i otoczaja go same „bitches”, ktorych swiat wiruje wylacznie wokol robienia laski. ja juz zerwalem z tymi klimatami i wrocilem do szarzyzny zycia w Gdansku, wiec mnie to nie rusza.
mam opory przed stwierdzeniem, ze „2001” przebija „Chronic”. ale kurcze, slyszac takie kawalki jak „The Next Episode” czy „Still D.R.E.” az sie wzruszylem, no naprawde. liceum, baunsy w Parlamencie czy Kwadracie (to z tego dziwnego okresu wspomnianego w poprzednim akapicie), Fobia Squad… nie no, patrzac przez pryzmat wlasnych doswiadczen zwiazanych z ta plyta, to „2001” to Klasyk Absolutny. i na tym stwierdzeniu poprzestanmy.
najlepszy moment: THE NEXT EPISODE (feat. Snoop Dogg)
ocena: 8/10