AJR
kto: AJR
Chociaż właściwy sezon koncertowy skończył się dla mnie już jakiś czas temu (stąd ta jeszcze bardziej dramatyczna niż dotychczas posucha na tym blogu), to potrzeba spontanu czasem prowadzi ku muzycznym wydarzeniom, w których swojego uczestnictwa nigdy bym się nie spodziewał. Tak też było tydzień temu.
Ściemniać nie będę, że z wypiekami na twarzy i uszach śledzę poczynania tria AJR. Ba, widząc tłumy w klubie który naprawdę był sold out zachodziłem w głowę kim właściwie są fani tego zespołu. Gimbaza? Przecież oni mają swoje rapsy, ewentualnie jeszcze tkwią na etapie Justina Biebera. Hipsterzy? Nie przypominam sobie by AJR recenzowali na Quietusie. Sezonowcy? Ale o ile się nie mylę to największy hit „Weak” wyszedł parę ładnych lat temu. O co więc tu chodzi, że jak zespół wyszedł na scenę to już przy pierwszych wersach mieli wokalny akompaniament publiki, który nie ustał aż do samego końca?
Być może trzeba tu wspomnieć o jeszcze jednej grupie fanów: tej samej, która zasłuchuje się w Imagine Dragons czy Twenty One Pilots. Czyli najbardziej znienawidzone przez fanów gitar zespoły, przy których Nickelback brzmi jak wyziew szatana. Serio, gdyby lider AJR nie zaczął przedstawiać zespołu towarzyszącego to w życiu bym nie wpadł na to, że perkusja jest grana na żywo. Zamiast jednak zżymać się na tę skrajną syntetyczność chyba należy w końcu zaakceptować fakt, że tak najprawdopodobniej brzmi przyszłość muzyki alternatywy (alternatywek?), a przynajmniej w jej popularniejszej odmianie.
Fani Nirvany czy R.E.M. się w tym momencie obruszają, ale warto zauważyć że w swoim prime-timie te zespoły by wyprzedały kilka takich klubów jak Niebo. Skoro więc odpuszczamy sobie dywagacje nt. „alternatywność a popularność” to może zauważmy w końcu, że AJR ma naprawdę kilka przyzwoitych, nieoczywistych kompozycji, z zaskakującymi czasem inspiracjami („Birthday Party” sampluje „In Heaven” z „Głowy Do Wycierania”). Co jednak absolutnie zabrania mi dać niższą ocenę eventu to to, że – jak już zostało wspomniane – publika dosłownie jadła im z ręki. Być może to kryzys wieku średniego, ale fajnie jest obcować z ludźmi, którzy na swobodnym poziomie są w stanie komunikować się (a właściwie chwytać komunikaty) z zespołem, kumają humor i nawiązania kulturowe. Chwila zapomnienia od codziennie nas otaczającej cebuli.
Dodajmy jeszcze bardzo dobre nagłośnienie (w życiu chyba nie słyszałem takiej żylety na wokalu) i wychodzi na to, że byłoby zwyczajnym skurwysyństwem dać niższą ocenę. Nawet jeśli mimo wszystko raczej zostanę przy tych swoich rzężących gitarach.
najlepszy moment: DEAR WINTER
ocena: 7,5/10
