Hilltop Hoods
gdzie: Praga Centrum, Warszawa
kto: Hilltop Hoods
Wprawdzie sezon koncertowy po intensywnej kulminacji skończył się dla mnie w wakacje, to zdarzają się pojedyncze wyskoki, na które może nie czekałem z utęsknieniem, ale cieszę się że się przydarzyły.
Jak, na ten przykład, wczorajszy koncert „hiltopsów”. Być może gdybym poznawał ich dyskografię na bieżąco, to w okolicach przełomu wieków zobaczenie ich na żywo uznałbym za sztos absolutny. Niemniej cieszę się, że panowie wciąż konsekwentnie robią swoje (w sensie nagrywają płyty i promują je koncertami), będąc niemal całkowicie odpornym na wahania poziomu popularności. W obie strony. Bo choć powszechnie uznawani za królów australijskiego hip hopu (przyznam szczerze jednak że nie orientuję się ile konkurentów do tytułu musieli pokonać), w skali globalnej to zawsze była zabawa dla „truskaw”. Kilka romansów z mainstreamem (SIA na featuringach, koncerty z Eminemem) trzeba uznać za gest docenienia ze strony „branży” aniżeli przymilanie się do masowego słuchacza.
Tyle dygresji. A co można powiedzieć o samym koncercie? Tutaj również dość stabilnie. Ot, świetnie spędzony wieczór bez większych uniesień o ile nie jesteś psychofanem. Przegląd przez późniejszy etap dyskografii z wyłuskiwaniem większych hitów („I Love It”, „1955”, „Higher”) z grande finale w postaci „Cosby Sweater”. Wzorcowy kontakt z publiką. Ludzie kumający trueschoolową bazę, szczególnie w białasowym wydaniu (bluzy z logami Atmosphere, Looptroop Rockers itp).
Wiecie, ja naprawdę lubię ten newschool i nie obrażam się na zmiany jakie zachodzą w hiphopie. Ale na takich koncertach jak wczoraj czuję, jakbym docierał do samego sedna tego, o co chodzi w tej kulturze.
najlepszy moment: I LOVE IT, ale to czysto subiektywnie
ocena: 7,75/10