Rekapitulacja roczna – 2019
Tradycja jest po to by ją m.in. szanować. I choć moje zainteresowanie pisaniem recenzji czy ogólnie czegokolwiek na tym blogu nieprzerwanie oscyluje wokół minimum, to trudno mi wyzbyć się poczucia obowiązku poczynienia jakiegoś podsumowanie minionych 12 miesięcy. Inna sprawa, że akurat te rekapitulacje zwyczajnie lubię robić (tu w grę wchodzić może coś o zdrowiu psychicznym, wyrzucenia z siebie pewnych rzeczy itp itd), a nawet uznaję je za przydatne, kiedy po latach do nich wracam – nawet jeśli zdarza się tym powrotom towarzyszyć uczucie zażenowania czy, jak to się mówi, cringe’u.
That said, możemy przejść do konkretów i kluczowego pytania – jakim był ten 2019 rok? W skali makro wiadomo, cytując mojego szwagra (szkoda że nie da się na piśmie oddać przeuroczego portugalskiego akcentu) – „nie tylko jesteśmy w dupie, ale zaczynami się w niej urządzać”. Zawsze wierzyłem w teorię świata jako samoregulującego się organizmu, ale kiedy czytam o pół miliardzie zwierząt które wyginęło przez pożary w Australii, to niezależnie jaki mieć stosunek do Panny Grety – czuć że coś jest zwyczajnie kurwa nie tak. I zdecydowanie nie pomaga w tym sfera polityki, w której mamy najprawdziwsze Twin Peaks, (choć powszechniejsze jest inne filmowe porównanie) – z tą niedrobną różnicą, że w USA rządzi prawdziwy debil, a w UK cynik kreujący się na debila (choć summa sumarum efekt w obu przypadkach całkiem podobny). Pewnie irańska kropla jeszcze nie wydrąży skały, ale w końcu to nastąpi i ktoś wciśnie ten czerwony guzik.
Ale ja nie chciałem o makro, bo samounicestwiamy się od lat przynajmniej kilku. A tymczasem w skali mikro zdecydowanie grzechem byłoby narzekać. Na fejsbuku użyłem porównania do seriali, posłużę się nim i tutaj – jeśli 2018 był dość nudnym sezonem i działo się niewiele więcej niż w „Klanie” (zgaduję, bo przestałem oglądać lata temu, nadrobię jak trafi na Netflixa), tak w 2019 roku działo się dużo, a może i lepszym określeniem byłoby – przełomowo. W szczególności okres wakacyjny okazał się rollercoasterem, w którym niewiele brakowało by wypaść – ale i takie rzeczy uczą, choćby tego by jednak zapinać pasy. Zatem:
WYDARZENIE ROKU
Jestem prostym chłopakiem o prostych potrzebach – i posiadanie w pełni własnych czterech ścian należało do najbardziej fundamentalnych z nich od kiedy pamiętam. Nie ma co się na ten temat rozwodzić, po prostu zapraszam na Jelonki.
Honorable mention: nie wiem czy do pobytu w szpitalu pasuje określenie „wydarzenie roku”, biorąc jednak pod uwagę jakim, jak się okazało mega potrzebnym, „wake up callem” on zaowocował, to tak – wzmianka jest tu dość niezbędna
ROZCZAROWANIE ROKU
Długo rozkminiałem co tu dać. Mój wewnętrzny sejsmograf nieporównywalnie większy wstrząs wykrył po tragedii w Gdańsku z udziałem Pawła Adamowicza. Tyle że czując konsternację popadającą w zażenowanie przy rankingach Teraz/Tylko Rocka, gdzie w identycznej kategorii śmierć muzyka X przegrywała w rankingu z podwyższą cen kaset i CD, wolałbym uniknąć podobnej śmieszności. Poza tym, co tu jeszcze mądrego w temacie dodać?
Wyróżnijmy więc wydarzenie z kategorii o której mam ciut lepsze pojęcie. Chociaż i tu nie chciałbym się rozpisywać zanadto, bo obiecałem sobie że z najnowszym albumem Toola rozprawię się w osobnym wpisie i chcę słowa dotrzymać. Dodam więc, że najlepszą rzeczą związaną z tą premierą było to, że „przy okazji” cały katalog Toola wreszcie wylądował w digitalu. A skoro już jesteśmy przy streamingach, to możemy przejść płynnie do kolejnej kategorii.
FILM ROKU
Zapewne powinien tu trafić „Joker”. Ale 2019 to rok w którym ostatecznie przeprosiłem się z serialami. I chociaż głównie nadrabiałem zaległości pokroju „Family Guy’a” czy „Rick & Morty”, to wiadomo było, że obowiązkowe będzie sprawdzenie czy nowy, szósty sezon „BoJack Horseman” to wciąż 10/10 i podtrzymanie passy jednego z najlepszych seriali świata. Tak, nic się nie zmieniło. I chociaż widać że historia zrozumiale zmierza ku końcowi (oby nie był on taki o jakim wszyscy myślimy), to przerażenie mnie ogarnia na myśl o życiu w świecie bez nowych odcinków tego serialu. Myślałem że nic nie jest w stanie zagrozić „Twin Peaksowi”, a tu proszę – stało się to za sprawą animacji, do której przystępowałem bez jakichkolwiek oczekiwań. Co więcej, otworzyło mi to jeszcze szerzej głowę na seriale animowane. Być może dzisiaj za sprawą CGI i innych efektów można na ekranie pokazać wszystko, ale to właśnie w scenariuszach animacji widać prawdziwy brak granic. I tylko żal, że South Park, do który mam sentyment porównywalny z Toolem, podobnie zaczął dziadzieć.
Okej, ale co z tym streamingiem? 3 lata temu David Lynch (skądinąd sympatyczny typ, sprawdźcie jego twórczość) w jednym z wywiadów rzucił hasłem „Cable TV is new arthouse”. W roku, gdzie nominacje do Złotych Globów zostały zdominowane przez produkcje Netflixa, a Akadaemia zmienia przepisy by Netflix czy HBO mogły walczyć o Oskary, to stwierdzenia stało się aktualniejsze jak nigdy wcześniej. I dla mnie jako osoby, która dostaje drgawek na myśl o wyjściu do multiplexu, a i przed atmosferą kin studyjnych nie pada na kolana, jest to wspaniała rzecz. I wierzę że coraz więcej dziadów broniących kinowych ideałów sierpnia dostrzeże, że to właśnie te wszystkie netflixy pchają sztukę filmową do przodu, dając nieograniczoną wolność twórcom, bez zagrożenia przycinaniem filmu w sali montażowej pod kątem wiercącego się w krześle kinowym nierzadko przypadkowego widza. Co więcej – głęboko wierzę, że za chwilę branża muzyczna znajdzie się w tym miejscu, w którym jest aktualnie kinematografia.
MUZYKA ROKU
No tak to. Warto przypomnieć, że platformy typu Netflix też nie startowały od razu ze swoimi własnymi produkcjami, spełniając wyłącznie rolę dystrybutora, z czasem wyczuwając że własny kontent zwyczajnie się opłaca. A magia ekskluzywnego kontentu działa również w sferze muzyki, na takich graczy jak Spotify, Tidal czy Apple Music, co mogę potwierdzić z zawodowego doświadczenia. Na razie są to rzeczy typu nagrania live, audio commentary, podcasty – czemu więc koniec końców nie miałyby to być w pełni autorska muzyka, bez zbędnego udziału stron typu wytwórnia fonograficzna?
I tak, w pełni sobie wyobrażam sytuację typu: zespół X, o potencjale międzynarodowym, nie będącym – i też nie aspirującym – jednocześnie muzycznym odpowiednikiem blockbustera (ok, wyobraźmy sobie w tej roli zespół Trupa Trupa), wiedząc że dystrybucja typu Empik (odpowiednik sal kinowych) dogorywa i na obecnym etapie absolutnie nic im nie daje, decyduje się na deal ze „Spotify Records”. Platforma wykłada kasę, odpowiada za promocję na platformie i poza nią, jako warunek stawiając to że mają nagrany w ten sposób przez zespół materiał na wyłączność. Brzmi znajomo? Oczywiście, bo to już z powodzeniem dzieje się u kolegów filmowców. A jeśli ktoś jednak bardzo byłby przywiązany do nośnika fizycznego, to też nie problem – wszak „Bojack” na dvd z czasem też się ukazał. Zapewniam, dopóki Spotify czy inny Tidal nie będzie musiał się dzielić kasą z kimkolwiek poza sobą i artystą, to opublikują wyprodukowany przez siebie materiał nawet na kasecie magnetofonowej.
Nawiedzony? Być może. Ale ja zwyczajnie jestem fanem tego, w którym kierunku zmierza dystrybucja audio i video, i tak jak streaming miał zbawienny wpływ na kinematografię, tak i może mieć (a moim zdaniem nawet już zaczyna mieć!) na dziedzinę muzyczną. Wielbiciele popowej „masówki” wciąż będą mogli polegać na ofercie majorsów, które żyją z tego by sprzedawać rzeczy o jak najszerszym zasięgu zdolne wyżywić wszystkich pracowników firmy, a jeśli wymagasz od muzyki ciut więcej – buszujesz w ofercie streamingowców (gdzie poza autorskimi produkcjami i tak znajdziesz też ów „masówki” w ramach dystrybucyjnego dealu). Oczywiście jest to sytuacja, w której tracą wydawcy niezależni… well, nie ma takich zmian na świecie, w których absolutnie nikt nie jest bezstratny. W przeciwnym razie nikt nie broniłby węgla.
Nie jest tak, że tańczę na grobie analogów i starych reguł – wciąż zdarza mi się poszerzać kolekcję tych pierwszych, chociaż traktuję te zakupy właśnie i wyłącznie w kategoriach kolekcjonerskich i gadżeciarskich. Coraz bardziej wyzbywam się natomiast sentymentu do formatu zwanego albumem. Dlatego z dumą mogę potwierdzić, że żadnego rankingu i wyszczególnień w tej rekapitulacji nie będzie, bo przesłuchałem tego jeszcze mniej niż rok temu, a jeśli już to głównie w poszukiwaniu pojedynczych, singlowych/trackowych doznań. I być może stwierdzenie „słuchałem playlist zamiast albumów” brzmi tak samo haniebnie jak „nie czytam książek, bo wolę audiobooki”, ale cóż – szanuję, choć się nie zgadzam. Dla kogoś, kto większą frajdę z zabawy LEGO miał konstruując własne rzeczy niż według instrukcji, a w erze kaset i płyt tworzył własne składaki, format playlist to spełnienie marzeń. I nawet cudza playlista jest aktualnie w stanie pobudzić bardziej moją wyobraźnię niż niejeden album.
Tak więc zakończymy tę rekapitulację playlistą właśnie. Z zastrzeżeniem – to absolutnie nie jest playlista moich ulubionych piosenek tego roku, bo musiałbym cały czas ją aktualizować. A że zwyczajnie mi się nie chce, to zdecydowałem się na format „Piosenki, które z różnych powodów najczęściej towarzyszyły mi w minionych 365 dniach”. Czyli w skrócie: „Sound of 2019”
Ale zanim to nastąpi, jeszcze dwie adnotacje do tego co na niej się znajduje.
ZIOMKI ROKU
Dyskusja wewnątrz mojej głowy co do tego wyróżnienia trwała do końca. I to, co się dzieje wokół Trupy Trupa i ich „Of The Sun” zdecydowanie nie jest przypadkiem – ten album należy znać. Czy jednak jest on najlepszy spośród dotychczasowych dokonań? Nie jestem o tym przekonany tak jak przy poprzednich premierach. Wiem natomiast że Nagrobki nagrały swój najlepszy album, chociaż już przy „Granicie” zasługiwali na wyróżnienie. Wszystkie pokrętła przy „Pod Ziemią” dokręcono na maxa – przekaz, unikalność brzmienia, a przede wszystkim, jak nigdy wcześniej, melodie. Adam jest przekonany, że jego twórczość nigdy nie trafi pod strzechy Orkiestry Męskiego Grania – a dla mnie „Spalam Się” to nie tylko jeden z najlepszych polskich singli zeszłego roku, ale utwór, który przy dobrych wiatrach promocji mógłby (i powinien!) znaleźć się wśród „przebojów” polskiej muzyki alternatywnej/gitarowej.
Honorable mention: dużo tego było! Kalafior Derambo na „Na Mego Ducha Nie Siada Mucha” pokazuje, że jego rapy to nie był jednorazowy wyskok i wierzę, że w końcu przebije się do szerszej fanbazy, okupowanej chociażby przez Syny. „Ekstrawertyka” Modern Lies, nawet jeśli absolutnie żadnych nowych terenów nie odkrywa, to pokazuje że indie granie z zeszłej dekady wciąż może być mega frajdą. „Time & Form” DREN zryło część mojej bani która żywiej reaguje na dźwięki z obszaru elektroniki i ambientu. „Strach” Jadu w błyskawicznym tempie wyniósł ekipę Paciora na forpocztę polskiej sceny hc/punk. A w kolejce jeszcze kilka rzeczy do sprawdzenia, m.in. EPki Czechoslovakii i Kiev Office. A skoro mowa o tych drugich, to warto też sprawdzić „Dwuję” popełnioną przez Miegonia i Adama Witkowskiego z Nagrobków. Big minds think alike.
RAPSY ROKU
Nie wiem nawet czy to mój ulubiony rapowy numer zeszłego roku, a co dopiero czy najlepszy. Wiem jednak, że najbardziej mnie przekonał do przeproszenia się z nowymi rapsami, pokazującym że nowe (rap) pokolenie też ma sporo oleju w głowie, tyle że zupełnie innej produkcji niż u starszych rozczników. A dodam, że konflikt trwał od czasu gdy przedawkowałem kilka lat temu produkcje trapowe od Waka Flocka Flame’a czy Gucci Mane’a. I być może ten rapowy newschool za często balansuje na granicy karykatury i groteski, przez co możliwe że za jakiś czas będziemy go wspominać podobnie co nu metal teraz… Ale taka widocznie przypadłość gatunków na mainstreamowym świeczniku, wyróżniających się nie tylko muzyką ale i stylówą, gdzie na jednego lidera i oryginała przypada dziesięciu naśladowców. I tak, jest nagminne wykorzystanie autotune’a i brak sampli. That said, wracam do słuchania, wyczekiwania i ewentualnego propsowania nowych produkcji Chillwagonu, Tymka czy Future’a, przeglądając w międzyczasie newonce’a. Na pohybel truskulowym nosaczom!



