ADHD. Tymon Tymański
autor: Rafał Księżyk
Dawno nie było tu recenzji książki (hmmm, właściwie dawno nie było tu jakiejkolwiek recenzji), nadrabiamy zaległości.
Ryszard „Tymon” Tymański. Postać, której przeciętnemu zjadaczowi polskiej popkultury przedstawiać nie trzeba, chociaż nie każdy zjadacz skojarzy ów postać z tym samym. Bo przecież mowa nie tylko o muzyku, ale też postaci medialnej (która, można powiedzieć, ustrzeliła swoistego fulla, zaznaczając swą obecność w radiu, telewizji, prasie i internecie), ostatnio troszkę też filmowcu, a co jakiś czas i celebrycie. Przede wszystkim jednak – ikonie niezależnej muzyki w Polsce. W pełnym tych słów znaczeniu. Bo po pierwsze, niezależność ta nie równa się muzyce rockowej (która zresztą ma coraz mniej wspólnego z niezależnością), obejmując też takie obszary jak jazz (rozmawiamy tu o człowieku, który był jednym z ojców podgatunku yassem zwanym), muzyka teatralna czy ogólnie szeroko pojęte dźwięki eksperymentalne (o eklektyźmie gatunkowym w ramach „jajcarskich” albumów nawet nie wspominam). Warto odnotować, że choć początki muzyczne działalności Tymona sięgają lat 80-tych, w przeciwieństwie do większości bohaterów tamtej epoki, którzy dali Polsce alt-muzykę, jego korzenie w żaden sposób nie sięgają jarocińskiego zjawiska. Po drugie, niezależność nie jest tu tylko wyświechtanym hasłem – Tymon pozostał jednym z „ostatnich sprawiedliwych”, nie wchodząc nawet we flirt z mainstreamem (przynajmniej nie w stricte muzycznym wymiarze, ale o tym później). Oczywiście można dywagować, na ile to był jego wybór, a na ile to, że ów mainstream nigdy tak na poważnie się o niego nie upomniał. Fakty są jednak takie, że poza kilkoma wyjątkami jego płyt nie znajdziemy w katalogu majorsów, trasy nie wyprzedają się na pniu i nie był nigdy na okładce „Tylko/Teraz Rocka”. I, obiektywnie rzecz ujmując, chyba ten wątek walki stanowi największą wartość tej biografii. Walki nie z mainstreamem, z którym Tymon nigdy de facto nie był w większym konflikcie (bo uszczypliwości względem Kombi czy Perfectu trudno nazwać walką). ale walkę o to, by móc bez tego mainstreamu żyć, stawiać opór jego zakusom. I jak na mój gust ten bój pokazany został tu o wiele lepiej niż w „Polskim Gównie”.
Zresztą trudno się nie oprzeć wrażeniu po lekturze całości, że o ile „Polskie Gówno” jako manifest artystyczny Tymona był filmem potrzebnym, równie potrzebny mógłby być film o samym Tymonie. Mamy tu życiorys, z którego hollywoodzcy film-mejkerzy spokojnie wycisnęliby scenariusz jeśli nie Oscarowego filmu, to takiego który mógłby zachwycić na przysłowiowym Sundance. PRL-owe dzieciństwo. Totart. Buddyzm. Walka z sektą. „Pokazanie tyłka” establiszmentowi na Fryderykach. Samobójstwo przyjaciela. Romans z nieletnią. Wymieniać wątki można jeszcze długo. A przecież będą one się jeszcze pojawiać, tak jak pojawiło się ich kilka od czasu publikacji książki.
Ale nawet jeśli takowy film nie powstanie – to dzięki „ADHD” żal będzie mniejszy. Bo być może nikt lepiej nie opowie historii Tymona od niego samego. Ktokolwiek miał okazję widzieć/słyszeć/czytać wypowiedzi Tymona ten wie, że barwność jego stylu znacznie wykracza poza normę – nie tylko w muzyce gitarowej, i nie tylko w Polsce. „ADHD” stanowi pod tym względem swoiste tour de force. Flow, które miażdży całą rapową scenę, na czele z inteligentami pokroju Taco Hemingwaya. Słownictwo, które zawstydziłoby nawet mistrzów Scrabble’a. Wiedza, o której zresztą będąc jej w pełni świadomym Tymon nieskromnie mówi, że przecież pracował nad nią całe życie. A przy tym wciąż „swój chłop”, któremu bliżej do prawdziwków z ulicznych bram, niż do gadających uczelnianych głów. Należą się też słowa uznania dla Rafała Księżyka, nie tylko za dobór tematów do rozmowy, ale i umiejętne stymulowanie Tymonowej gadaniny. Zapewne łatwiej jest wywiadować gadułę pokroju Tymona niż milczka zmuszonego do dawania odpowiedzi, niemniej Księżyk jako dziennikarz o nie mniej świetnym piórze także mógłby próbować tu błysnąć, a tego nie robi, oddając całkowicie pole Tymonowi.
Nie ukrywam też, że czytało mi się tę autobiografię inaczej niż większość tego typu dział. Czytelniczy „experience” jest zgoła inny, kiedy doskonale znasz miejsca o których mowa w książce, a pewne rzeczy mogłeś naocznie obserwować. Chociaż z samym Tymonem – mimo iż Trójmiasto duże nie jest, a też mamy kilku wspólnych znajomych – poznaliśmy się bardzo przelotnie, to dzięki tak barwnemu nakreśleniu środowiska w którym przyszło mu toczyć swoje boje, pełnym konkretnych miejsc, tytułów, imion, naprawdę można poczuć się choć trochę pośrednim uczestnikiem tych wydarzeń.
Czytanie jednej książki w dość odległych odstępach przez długi okres czasu (w tym wypadku – prawie 3 lata) zdecydowanie nie służy, zarówno samemu czytelnikowi, jak i też ewentualnemu recenzentowi. Ale w tym wypadku może i dobrze się stało, bo w międzyczasie życie dopisało epilog z dwoma ważnymi wątkami. Po pierwsze – ukończenie „Polskiego Gówna” i pokazanie go w kinach. Drugi wątek (nie ma co ukrywać – możliwe że wynikający z pierwszego) to przełamanie chronicznej niechęci do talent show i jurorski udział w polsatowym „Must Be The Music”. W pesymistycznym wariancie zakończenia tego wpisu mógłbym zbyć temat milczeniem i dopisać trzy kropki. Wolę jednak przyjąć wariant optymistyczny i oczekiwać kolejnych zaskoczeń ze strony Tymona, nawet jeśli już nie tak szokujących. A jestem pewien że się pojawią.
najlepszy moment: mnóstwo takich, ale teraz mi przychodzi do głowy anegdota z Maleńczukiem, niech więc będzie
ocena: 8,5/10
