In Memoriam: Leonard Cohen (21.09.1934-07.11.2016)
I kiedy myślisz, że gorzej już w tym roku być nie może…
Chociaż Leonard Cohen i David Bowie muzycznie niewiele mieli z sobą wspólnego (poza tym, że byli Absolutnymi Bossami, rzecz jasna), to trudno nie dostrzec pewnej paraleli w sposobie, w jaki oboje rozstali się z życiem ziemskim. Tu też upatruje pewnej swej porażki. Bo o ile pożegnalny przekaz „Blackstar” udało się rozczytać już przy pierwszym przesłuchaniu (dlatego dość ciężko mi się wraca do tego albumu), tak „You Want It Darker” nie wywołał we mnie żadnych niepokojących odczuć. Wręcz przeciwnie – po tak genialnym albumie, trzecim z rzędu wydanym w dwuletnim odstępie czasu, uwierzyłem w nieśmiertelność Cohena. Ostrzyłem zęby na mój pierwszy kontakt z Kanadyjczykiem w okolicznościach koncertowych, które wydawały mi się kwestią czasu. Powiedzieć że żałuję że te okoliczności już nigdy nie nastąpią to jak nic nie powiedzieć. I tu zakończę temat, żeby nie popaść w rozpacz.
Nie ma też sensu rozpisywać się o wpływie Leonarda Cohena na historię Muzyki, bo dla jednych to oczywiste, a dla drugich lepiej będzie jak poczytają o tym u kogoś bardziej kompetentnego dziennikarsko. Muszę przyznać jednak, że jest to ogromnie budujące widzieć, jak wiele istotnych osób – nie tylko zresztą ze świata sztuki, ale też polityki czy nawet sportu – odnotowało śmierć Cohena. Zwłaszcza w kontekście powszechnie panującej opinii, że słucha się go tylko w Polsce. Oczywiście można dywagować, na ile znajomość twórczości Cohena u tych osób wykracza poza „Hallelujah”, ale dla mnie to nie ma teraz żadnego znaczenia. Świat zgodnie uznał, że straciliśmy Legendę, z absolutnej czołówki artystycznej.
Nie ma jednak co ukrywać, że choć patrząc na zdjęcia tego człowieka trudno pomyśleć by miał coś wspólnego z tematem kontrowersji, to niewiele jest znanych mi artystów ze świata muzyki, których odbiór różniłby się tak skrajnie (widzę to nawet po swoich znajomych, także w dyskusjach fejsbukowych po śmierci). Cóż, nie każdy czuje się komfortowo z uwielbianiem tej samej muzyki co własna babcia i listonosz. I choć jestem w stanie ścierpieć że dla kogoś Cohen to encyklopedyczna definicja nudziarstwa, tak mierzi mnie kiedy słyszę o cynicznym nudziarstwie. Oczywiście, po niewyobrażalnym sukcesie wyjątkowo łatwego w odbiorze „In My Secret Life” można było zwątpić, czy właśnie ktoś tu nie odkrył patentu na nagrywanie multiplatynowych albumów przy minimalnym nakładzie sił, z banalnymi melodiami, aranżacyjnym minimalizmem i nie wymagającym wielkiego wysiłku mruczandem wokalnym w rolach głównych. Zwłaszcza że już w latach 80-tych i 90-tych (na „The Future”) zdarzały się Cohenowi festyniarskie momenty. Wydany w 2004 roku „Dear Heather” w rozwianiu tych wątpliwości nie pomógł, ale finalna trylogia z następnej dekady – „Old Ideas”, „Popular Problems” i „You Want It Darker” stanowi jak dla mnie ostateczny dowód, że zarzut cynizmu w przypadku nagrywania w dziewiątej (!) dekadzie życia tak wysublimowanych aranżacyjnie albumów świadczy o zwykłym ignoranctwie. Long story short – Cohena to Ty szanuj.
I jeszcze jedna rzecz – nie wiem jak można mówić o cyniźmie po tym, jak zobaczy się/przeczyta choć jeden wywiad z nim. Dla mnie Leonard Cohen jawił się zawsze jako jeden z ostatnich sprawiedliwych i uczciwych, artysta któremu można ufać. Praca w branży muzycznej szybko zweryfikowała mój wcześniejszy pogląd, że ktoś kto tworzy fajną i dobrą muzykę musi też być fajnym i dobrym człowiekiem. Cohen to postać, którą chce się zgłębiać także poza dokonaniami muzycznymi. Z wypowiedzi tego człowieka zwyczajnie bije po oczach pokora, skromność i przede wszystkim mądrość. Uwielbiam jego wprowadzenie do Rock And Roll Hall Of Fame. Tu dobitnie jest pokazane, że nie ma żadnej granicy między tym co mówił a tym co pisał. Same jego wypowiedzi były już poezją. Swoją drogą – jak ponurym zrządzeniem losu jest to, że w roku, w którym Akademia Szwedzka uznała tekst piosenki za literaturę, drugi po Dylanie oczywisty kandydat do nagrody Nobla postanowił z Najwyższym że nigdy jej już nie odbierze.
Chciałbym napisać o moich prywatnych doświadczeniach z twórczością Cohena, ale nie jest to wybitnie długa historia, choć na pewno pokrętna. Bo zaczęło się od lekkiego falstartu. Wiadomo że pierwsze „dorosłe” płyty (czyli te których nie szukamy już w Bravo czy Popcornie) przeważnie pochodzą z płytotek rodziców lub starszego rodzeństwa. Z Leonardem pierwszy mój kontakt nastąpił za sprawą „Recent Songs” – choć mam do tego albumu spory sentyment, to jest to jedno z najbardziej nieprzebojowych (o ile w przypadku Kanadyjczyka można mówić w ogóle o przebojowości) jego dokonań. Potem był wspomniany, niefortunny „In My Secret Life” (choć album „Ten New Songs” jako całość z czasem doceniłem), a gdzieś po drodze obrzydliwy cover „I’m Your Man” w wykonaniu Bogusia Lindy, no i te bardziej uwielbiane przez masy, trącące dansingiem singlowe dokonania z lat 80-tych (jak wspomniany „I’m Your Man” czy „Dance Me To The End Of Love”), które są świetnymi piosenkami, ale w oderwaniu od kontekstu całokształtu twórczości mogą tworzyć mylny obraz Cohena. Ale też w tym czasie pojawił się „Hallelujah”, jeden z najpiękniejszych tworów muzycznych, jakie kiedykolwiek zaistniały. Kropka. Pieśń, która nie jest li tylko światłem przeciskającym się przez szparę, ale otwiera na oścież wrota niebios, choć na te kilka minut. Pieśń, która rzeczywiście jest dowodem na to, że dobra kompozycja obroni się w każdym wykonaniu, nawet Krzysztofa Krawczyka (a jak wiadomo, „trochę” tych osób interpretowało ten utwór). Pieśń, która kazała mi w końcu, po osiągnięciu pewnej dojrzałości w odbiorze muzyki, wgłębić się w Cohenową dyskografię. No i poszło, czego częściowa dokumentacja tutaj.
Taka poboczna refleksja na koniec, by nie kończyć górnolotnie. Pracując w wytwórni muzycznej pojawia się cień szansy na to, że przy sprzyjających okolicznościach (czytaj: wizyta artysty w Polsce) uda się go poznać, chociaż ścisnąć rękę. Wierzcie lub nie, nie mam ciśnienia by korzystać z tej szansy, ale zawsze było dwóch artystów wydawanych przez mojego pracodawcę, na ewentualne spotkanie z którymi zmierzałbym na klęczkach. Bob Dylan ponoć jest jednak absolutnie niedostępny, pozostawał więc Leonard Cohen. Cóż… może czas poszukać sobie młodszych idoli?