Muzofest 2
kto: Josef Salvat, Seafret, Kasia Kowalska
Zamiast kolejnego rozpoczynania wpisu o tym, jak to nie mam czasu na pisanie tutaj (bo nie mam, a przynajmniej trudniej go wygospodarować niż kiedyś) i jak bardzo się za tym pisaniem stęskniłem (bo tak było), przejdźmy od razu do konkretów.
Czasem więc zdarzy się w tej osławionej Warszawie dotrzeć na tego typu dziwne imprezy zamknięte, gdzie niby chodzi o muzykę, ale tak naprawdę wszystkich najbardziej cieszy alkohol i pizza za darmo. Może gdyby oferta muzyczna była ciekawsza… No ale po kolei.
Jako pierwszą zobaczyliśmy (bo wcześniej ominął nas występ nieznanego) Kasię Kowalską. Nie ukrywam, że był to występ którego najbardziej oczekiwałem. Po pierwsze – mam mega sentyment do tej Pani, a „Gemini” wciąż szczerze uwielbiam. Po drugie – KK to jeden z nielicznych polskich wykonawców, którego aż do piątkowego wieczoru nie miałem okazji widzieć na żywo. Choć konkretniej byłoby powiedzieć: widzieć na żywo na „normalnym” koncercie – jakieś dwa lata temu z okazji 20-lecia działalności artystycznej dała, również w Stodole, kapitalny występ akustyczny, który tylko podsycił oczekiwania co do usłyszenia tych największych przebojów w pełni rockowym anturażu. No i jest jeszcze trzeci powód – opublikowany w tym roku „Aya”, który chyba można traktować jako zapowiedź nowego albumu (który chyba czas najwyższy byłoby nagrać – nie licząc cover-projektu „Ciechowski. Moja Krew” to już przecież 8 lat minęło od ostatniego studyjniaka!). I który, nie przesadzając, jest jak dla mnie jednym z jej najlepszych, jeśli nie najlepszym, numerem od… 20 lat? Czyli od debiutu? Nie aby był AŻ TAK genialny – raczej świadczy to, pomimo kilku całkiem sympatycznych singli, raczej o miałkości późniejszej oferty artystycznej, zdominowanej przez totalnie nijaki pop-rock, nie mogący się zdecydować by przechylić się konkretniej w którąś stronę. Opublikowana w jednym z ostatnich numerów „Teraz Rocka” relacja z wyprawy do Stanów Zjednoczonych, w miejsca typu Joshua Tree czy Rancho De La Luna (czyli silnie związane z historią takich wykonawców jak U2 czy Josh Homme), dawały nadzieję że wreszcie decyzja co do kierunku zapadła.
I rzeczywiście – był to nie tylko najciężej brzmiący występ tego wieczoru, ale i być może najcięższy koncert na jakim byłem ostatnimi czasy. Tak, mówimy o koncercie KASI KOWALSKIEJ. Która momentami wypadała to jak Closterkeller, to jak jakiś zespół numetalowy. Wiem, nie wygląda to jak komplement, ale chodzi tu bardziej o samo brzmienie niż treść piosenek. A jeśli już tak swawolnie podchodzimy do porównań – kiedy Kasia zaczęła w pewnym momencie obsługiwać dodatkowe perkusjonalia, to niemal „Rootsami” zapachniało…
Dobra, żarty na bok. Widać było, że Kasia czuje się bardzo dobrze z takim jednoznacznie rockowym soundem. Zresztą, ogólnie tego dnia się chyba bardzo dobrze czuła, o czym mogła świadczyć też dość wyluzowana konfensjanerka (jak na moje oko wyraźnie podszyta wspomnianym alkoholem za free). A razem z nią dobrze czuła się publiczność, aż można było się zastanowić czy aby na pewno kolejność wykonawców tego wieczoru została prawidłowo ustalona… Jeśli chodzi o setlistę: wspomniana „Aya” oczywiście została odegrana, choć niestety nie udało się w pełni odwzorować genialnego groove’u wersji studyjnej. Były covery będące stałymi gośćmi w repertuarze Kowalskiej, czyli „Tak… Tak… To Ja” Grzegorza Ciechowskiego aka Obywatela GC oraz „Sen o Warszawie” (tu chyba przypis niepotrzebny). Wycieczki do czasów „Gemini”? Przede wszystkim „Cukierek – Mój Dawca Słodyczy”, będący chyba największym zaskoczeniem – w oryginale dla mnie to jeden ze słabszych fragmentów debiutu, rażący hardrockową topornością, w piątek brzmiący miażdząco (to przy tym numerze udało się wywołać wspomnianego ducha Sepultury…). Spóźniłem się na koncert więc na pewno trochę mnie ominęło, ale zdecydowanie zabrakło mi większej ilości tych najstarszych klasyków. Choć też może rzeczywiście „Oto Ja” czy „A to co mam” średnio odnalazłyby się w takich rockowych okolicznościach. Natomiast braku „Straciłam Swój Rozsądek” nie wybaczę – aż się prosi by podkręcić mu moc w wersji koncertowej! No i też może w tym kontekście zastanawiać zakończenie koncertu „Czymś Optymistycznym”- bo to nie tylko chyba najbardziej popowy utwór Kowalskiej, ale też i wydawało się, że średnio darzony przez nią sympatią. Może te nowe rockowe wibracje pozwoliły Jej z dystansem spojrzeć na mniej chlubne dokonania z przeszłości?
Zzazwyczaj line-upy koncertów układane są tak, że każdy kolejny wykonawca to większa gwiazda, więc logika nakazuje, by i kolejne akapity w relacjach z tych koncertów były coraz większe. Ale serio nie wiem nad czym się rozwodzić w przypadku występu pierwszy zagranicznych gości tego wieczoru, czyli duetu Seafret. Tutaj jednak też miałem pewne oczekiwania, ponieważ tegoroczny debiut „Tell Me It’s Real” zapamiętałem jako sympatyczny zbiór piosenek na przecięciu Coldplayowego grania, klasycznego songwritingu i atmosferycznego popu. Być może zawiniły okoliczności – bo i urodzinowa atmosfera nie była najbardziej sprzyjająca na takie delikatne granie, a i dwójka muzyków chyba wyjątkowo luźno potraktowała ten koncert, występując jedynie z gitarą akustyczną. Generalnie jednak występ stał pod znakiem ogniskowego grania, które obdzierając piosenki duetu z brzmieniowej formy pokazały ich nijakość melodyczną. Nawet trademarkowy dla duetu „Oceans” wtopił się w tę bezpłciową magmę. Na żywo panowie wyglądają jak wypisz-wymaluj Paul & Simon, ale jakościowo jak na razie to są skrajnie przeciwległe bieguny.
No i Gwiazda Wieczoru, czyli Josef Salvat. Chyba można użyć tu capslocka, bo odbiór miał naprawdę przyzwoity (chociaż dalej nie wiem, czy lepszy od Kasi Kowalskiej). Co jest dla mnie, nie ukrywam, sporym zaskoczeniem. Widzicie, praca w tzw. wytwórni fonograficznej ma coś z życia w bańce mydlanej. Nakręca się PR wokół kolejnego debiutanta typu „Next Big Thing”, widzi się że że liczba odsłuchów na YouTube czy Spotify nie prezentuje się tak źle, po czym w konfrontacji z rzeczywistością okazuje się, że pies z kulawą nogą nie ma pojęcia któż zacz, a twoi znajomi, którzy przecież kupują płyty i jeżdżą na Offy i Open’ery, też robią wielkie oczy ze zdziwienia. Nagle się okazuje, że ranking popularności wśród „branży” nijak ma się do tego, czego się słucha „na mieście”. Przykładów mógłbym wymieniać bez liku. Być może słuchacze Muzo.fm są dobrze wyedukowani, a być może ich wybredność koncertowa jest równie wielka jak tych jeżdżących na Przystanek Woodstock… W każdym bądź razie – Salvat mógł być zadowolony z tej wizyty w Polsce i takiego zakończenia swojej trasy koncertowej.
W przeciwieństwie do panów z Seafret, sympatyczny Józek przywiózł do Warszawy cały zespół, dzięki czemu można było (raczej wiernie) odtworzyć całe bogactwo brzmieniowe znane z debiutanckiego „Night Swim”. To trzeba mu zapisać na plus. Nie zmienia to jednak faktu, że, posługując się fejsbukową terminologią, pod całym koncertem zdecydowanie bardziej wcisnąłbym przycisk „Szanuję to” (jeśli takowy by istniał) aniżeli „Lubię to”. Obiektywnie ciężko się do czegokolwiek w tym koncercie przyczepić, tak samo jak do samej płyty, pełnej naprawdę ładnych, niebanalnych melodii. A jednak odsłuch albumu wywołuje frustrujące odczucie zaledwie ślizgania się po emocjach, delikatnego trącenia emocjonalnych strun zamiast ich zdecydowanego szarpnięcia (przynajmniej tam gdzie byłoby to wskazane). Koncert jeszcze to bardziej spotęgował. Wydawało mi się, że chociaż podczas odgrywania tych najlepszych fragmentów albumu (np. „Punchline”) uda się przebić ten emocjonalny „mur”. Niestety. Choć warto podkreślić, że jest to wybitnie subiektywne odczucie i nie zdziwiłoby mnie, gdyby ktoś z koncertu wyszedł zalany łzami. Myślałem po koncercie, że może ze mną jest coś nie tak, ale już koncert następnego dnia w warszawskim Mózgu pokazał, że może chodzi o co innego. Jako że ostatnio wnikam w branżę browarów kraftowych, to kojarzy mi się to trochę z piwami – to że najpopularniejsze na świecie są lagery to nie jest przypadek, i rzeczywiście bywają pyszne lagery, które wchodzą jak nóż w masło zwłaszcza przy odpowiednich okolicznościach. Ale bywa też tak, że w pewnym momencie potrzebujesz mocniejszych doznań, nawet jeśli wiąże się to ze smakiem typu „lizanie asfaltu” czy „mieszanka kawy i kipów z popielniczki”. Ale to wtedy właśnie czujesz, że sięgasz sedna sprawy, wręcz pewnej Prawdy. Tego, czym Piwo czy Muzyka powinna być.
najlepszy moment: brak
ocena: Kasia Kowalska – 7,25; Seafret – 6; Josef Salvat – 7
