rageman.pl
Muzyka

ABBA – Voulez-Vous

ABBA_-_Voulez_Vousrok wydania: 1979 (reedycja: 2001)

wydawca: Polar

 

Dobra, czas chyba wrócić na dobre, jako że okazało się, że ktoś jednak tu zagląda – wczoraj blog zaliczył rekordową liczbę 300 unikalnych wejść. A nawet nie mam pojęcia, skąd to i w ogóle o co chodzi.

Zamykamy temat ABBY. Przeskakujemy „The Album”, by wylądować w okolicach roku ’79, kiedy to po dwuletniej przerwie Szwedzi powrócili do regularnej działalności fonograficznej (czyli takowej, która zakłada publikację jednego albumu na rok). Pomijając okładkę – całkiem udany comeback.

O ile oczywiście lubimy to oblicze, z którego Abba jest chyba najbardziej znana. Czyli koniec resztek hippiserstwa, koniec glam rocka, koniec dziwnych fryzur Fridy. Abba na wysokości „V-V” jest już w pełni dyskotekowa, campowa i sexy. Można powiedzieć, że sekcja rytmiczna z funkującym basem i tanecznie pulsującymi instrumentami perkusyjnymi nie tylko wyparły gitary, ale i mają czelność stawiać się na równi z melodiami. Smyczkowy początek „As Good As New” to ewidentna zmyłka, jako że już po chwili wchodzi obłędny, Bootsy Collinsowa figura basowa. I tylko wokale i harmonie nie pozwalają zapomnieć któż zacz, choć i na tym polu widoczna jest różnica.

W sumie nie może dziwić kształt tej płyty – mówimy o dziele wydanym w latach disco-prosperity, w którym Abba szybko awansowała na jego europejską forpocztę. Nawet jeśli czasem ukłon w kierunku kolegów z branży jest aż nazbyt głęboki (Bee Gees w „Summer Night City”), to nikt tu nie ma wątpliwości – ABBA zasymilowała się z dyskoteką na tyle dobrze, że dziś stanowi symbol tamtej epoki. I to je piękne, to je dobre, tym bardziej iż songwriterski (wysoki) poziom ani nie drgnął i otrzymujemy kolejną porcję klasyków większych (tytułowy, zaśpiewany przez Bjorna „Does Your Mother Know”) i mniejszych („Lovers (Live A Little Longer”, „Angeleyes”). Gorzej, że równie często co na dyskoteki zespół zaglądał na biesiady. Dualizm ten zakończył się tragicznie, owocując tym, że kwartetowi można przypisać także niemałe zasługi w kreowaniu kiczowatej, kampowej estetyki. „I Have A Dream” to mokry sen każdego fana Tercetu Egzotycznego. „The King Has Lost His Crown” nie jest może tak zły w warstwie muzycznej, ale wokalnie dziewczyny rzecz przerysowały i tym samym położyły. Nie ma też już raczej możliwości, bym został wielbicielem „Chiquitity”, chyba że w jakiejś coverowej wersji, bo jednak potencjał gdzieś tam jest wyczuwalny.

Jedna z czołowych pozycji dyskografii Abby. Mimo to to bonusy reedycji są tym, co pompuje mi krew na granicy zawału. O „Summer Night City” wspomnieliśmy. „Lovelight” też sobie radzi, nie ma co ukrywać, że chodzi tak naprawdę o „Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight)”. Najlepszy numer Abby? Na pewno najlepszy imprezowy kawałek z jej repertuaru, po prostu mus na każdej szanującej się imprezie. Acz warto pochylić się nad albumową wersją, rzadziej w innych kontekstach spotykaną. CO TU SIĘ DZIEJE NA BASIE, MATKO BOSKA.

 

najlepszy moment: GIMME! GIMME! GIMME! (A MAN AFTER MIDNIGHT)

ocena: 8/10

Leave a Reply