ABBA – Arrival
rok wydania: 1976 (reedycja: 2001)
wydawca: Polar
Jak nie notki im memoriam to recenzje Abby… Zdziwaczał nam coś ten blog ostatnio.
Ale walczymy dalej wierząc, iż wkrótce wrócimy do normalności. „Arrival” to album najczęściej uważany za ten Naj. Choć, jak już zostało napisane w niedziele, czołowe miejsce w mej abba-hierarchi zajmuje self titled, to trzeba oddać bogom co boskie – „Arrival” wymiata jak ta lala.
Dość powiedzieć, że to właśnie tutaj znalazła się Królowa wszystkich pop-piosenek. „Dancing Queen”, bo o niej oczywiście mowa, to piosenka z którą mega długo miałem nie po drodze. Usłyszawszy ją na spokojnie, z płyty, bez weselno-złotoprzebojowego kontektu, przy tym „powtórnie pierwszym” kontakcie aż nogi mi zmiękły. Tak, to jest przepiękna piosenka. Pełna żaru i emocji, a zarazem królewskiego nomen omen dostojeństwa, elegancji i gracji. Być może to najszlachetniejszy popowy przebój w historii, nawet jeśli już wieki temu przestałem utożsamiać pop z przaśnością i brakiem ambicji.
Patrząc na spis utworów, jako kolejny klasyk wypadałoby wymienić „Fernando”. Absurd sytuacji polega jednak na tym, że jest to utwór tutaj dołączony w ramach bonusu, który w latach swych narodzin funkcjonował jedynie jako singiel z kompilacji „Greatest Hits” oraz zaledwie kilku egzotycznych wydań „Arrival”. Muzykolodzy do dzisiaj się głowią, jak to się stało, biorąc pod uwagę fakt, iż mówimy tu o najlepiej sprzedającym się singlu Abby. Czy najlepszym – to już ewidentnie kwestia gustu, choć oczywiście to piękna rzecz. Mimo iż nie tak typowa, jako że nie tylko całość ma posmak hiszpański, ale dodatkowo zwrotki mają coś z… Clannad.
Co jeszcze? Tak jak na dotychczasowych albumach wydawało się, że to Agnetha dostaje lepsze piosenki do zaśpiewania solo, tak tę „rundę” wygrywa bezsprzecznie jej ruda koleżanka. To Frida właśnie śpiewa w kolejnych dwóch klasykach z tej płyty – musicalowo-kabaretkowym „Money, Money, Money” oraz silnie opartym na gitarach, a jednak nie tak glam rockowym jak to drzewiej bywało „Knowing Me, Knowing You”. Sama Agnetha bryluje, choć na mniejszą skalę, w spokojnym „My Love, Life”, którego początek usilnie kojarzy mi się z wstępem do głównego tematu z… „The Simpsons”. Znalazły się tu też indywidualne popisy męskiej części kwartetu – wokalny Bjorna w „Why Did It Have To Be Me” oraz kompozycyjny w instrumentalnym, silnie inspirowanym folkiem utworze tytułowym.
Świetny album w oryginale, ale też zdecydowanie warta zakupu jest reedycja z 2001 roku. Godne zapamiętania bonusy to jedno (poza wspomnianym „Fernando” także przesympatycznie lajtowy „Happy Hawaii”), ale też na wkładkę z licznymi zdjęciami warto zwrócić uwagę. W szczególności z historycznej wizyty Abby w pewnym skromnym, komunistycznym kraju…
najlepszy moment: DANCING QUEEN
ocena: 8,5/10