Mark Knopfler – Kill To Get Crimson
wydawca: Mercury
Ostatnio czas jakby szybciej leci, pomyślałem więc, że być może to dobry moment, by w ramach chwilowego zwolnienia obrotów dać kolejną szansę solowemu Knopflerowi. No i cóż, być może od ostatnich wydarzeń organizm szybciej się postarzał, ale chyba nie aż tak, by takie granie wreszcie do mnie przemówiło.
Pięć lat temu mówiliśmy tu o „Sailing To Philadelphia” z 2000 roku, który wydawał mi się dziełem ekstremalnym w kategorii „gitarowe przynudzanie dla ludzi z wąsem”. Okazuje się, że można granice przesunąć jeszcze dalej. Niby kierunek „rozwoju” oczywiste, wszak ludzie stają się coraz starsi i jeszcze nikt się z tej tendencji nie wyłamał. Poza tym niegdysiejszy lider Dire Straits już w czasach świetności tego zespołu zdradzał ciągoty do grania dojrzalszego niż sugerowałby to jego wiek. A jednak wydaje się (bo nie chce mi się tego rewidować poprzez ponowny odsłuch), że na debiutanckiej solówce „Golden Heart” działo się o wiele różnorodniej, nawet jeśli całość w głównej mierze bazowała na dźwiękach rodem z Irlandii oraz rdzennej Ameryki, bez przewagi któregokolwiek z tych nurtów. „STD” zaś dysponował świetnym singlem „What It Is”, który jako otwieracz albumu wprawiał w na tyle dobry nastrój, że nawet reszta programu nie była w stanie w pełni go zepsuć. Na „Kill To Get Crimson” nie ma właściwie nic – ani udanych singli (choć rozpoczynający całość „True Love Will Never Fade” bardzo się stara), ani dynamiki, brak też jakichkolwiek ukłonów w stronę fanów przebojów tego pana z lat 80-tych, bo na pewno za takowy nie można uznać „Punish The Monkey” z sympatycznie bujającymi perkusjonaliami z jednej oraz kiczowatym background vocalem z drugiej strony. Jest za to jeszcze więcej country (echa nagrywek z Emmylou Harris?), jeszcze więcej średnich temp i aranżacji niby dość bogatych (sax w „In The Sky”, flet w „Scaffolder’s Wife”), a jednak składających się razem na sound w swej sterylności równie mało intrygujący co kompozycje, co różni ja od ostatnich dokonań Boba Dylana, na których chociaż produkcja się broni.
Tego typu dzieła, płyty „wielkich zasłużonych”, są o tyle specyficzną półką muzyczną, że słucha się ich nie za muzykę, ale dla nagrywających ich artystów. Fan, wychowany na muzyce Pana X, dojrzewający niejako razem z nich, kupi ten album z nieustającej sympatii oraz sentymentu, tak jak zawsze wysłucha swego przyjaciela. Może ten przyjaciel przynudza, gada jak potłuczony, ale przecież spędziliśmy z nim tyle pięknych chwil, że choćby z szacunku damy mu kolejną szansę. Nie twierdzę, że Knopfler i jego rówieśnicy kierują się w swej artystycznej działalności ostatnich lat koniunkturalizmem. Bardziej chodzi o to, że – poniekąd słusznie, wszak ile można chcieć próbować nagrać Najlepszy Album Świata – nie starają się już tak bardzo jak kiedyś dotrzeć do słuchacza, jakby wreszcie w pełni realizowali program grania w pierwszej kolejności dla własnej przyjemności. Spoko, jeśli ktoś to lubi. Ale skoro wokół jest tyle muzyki, nagrywanej przez młodych, prawdziwie zainspirowanych, którym zwyczajnie zależy, to czy jest sens w natłoku zajęć o obowiązków szukać jeszcze czasu na odsłuch dokonań znudzonych dziadków?
najlepszy moment: TRUE LOVE WILL NEVER FADE
ocena:: 6/10
