rageman.pl
Muzyka

Radiohead – OK Computer

rok wydania: 1997

wydawca: Parlophone

 

OK, czas na Klasyke.

w jezyku angielskim jest takie jedno kapitalne slowko – „grower”. nie mam pojecia, jaki polski wyraz chocby w polowie oddal jego znaczenie. generalnie jednak chodzi o to, ze dana rzecz nabiera na subiektywnie pojmowanej wartosci wraz z mijajacym czasem. jest to o tyle popularne slowo w swiecie sztuki (ok, zawezmy do Muzyki, bo o niej tu glownie przeciez piszemy), ze to wlasnie te dziela, ktore odkrywaja swe piekno stopniowo, uznajemy za te Naj – najciekawsze, najbardziej porywajace, po prostu najlepsze. czyli wypisz wymaluj – grower’y.

i takim albumem jest trzecie wydawnictwo brytyjczykow z Radiohead. wciaz nie jest to moj Album Zycia – i chyba juz nawet nie ma prawa takim zostac. choc znamy sie doooosc dlugo, bo wlasciwie niemal od dnia zero – czyli roku ’97, kiedy to znalazl sie w kasetowej kolekcji mojej siostry. wtedy jednak na otaczajacy swiat patrzylem przez rapmetalowe okulary zafundowane przez RATM i na „smecenie” Yorke’a po prostu nie moglo byc w nim miejsca. z czasem klapki na oczach i uszach zaczely odpadac, percepcja Muzyki ulegla prawie totalnemu przewartosciowaniu, ale Radiohead dalej jakos mi nie pasowal do prywatnego rankingu Najlepszych Kapel Swiata, czemu przeciez dalem wyraz w recenzji „In Rainbows”. a jednak „Ok Computer” okazal sie takim albumem, ktory zyskuje niemal z kazdym odsluchem. na 10/10 szans nie potrafie dostrzec (wlasciwie to coraz bardziej dochodze do wniosku, ze poza The Beatles i Pink Floyd zaden wykonawca nie zasluguje na taka ocene, biorac pod uwage czysty muzyczny aspekt, bez sentymentalnych inklinacji), ale dziewiatka to juz najnizszy wymiar kary.

pominmy aspekt historyczny, inni omowili temat znacznie lepiej i bardziej wyczerpujaco. zreszta tu wypadaloby rozgraniczyc dwie strefy wplywow – czysto muzyczna i, hmmm, socjologiczna. przy czym ten pierwszy wcale nie musi jednoznacznie pozytywnie swiadczyc o „Ok Computer”. bo z jednej strony album zmiotl z muzycznego krajobrazu WIelkiej Brytanii pozostalosci po niedawnej wojnie Britpopowej, z ktorej, jak w przypadku wiekszosci wojen ostatnich dekad, nikt nie wyszedl zwyciezca. z drugiej strony – choc album zrewitalizowal praktycznie caly alternatywny rock (jak i spora czesc jego okolic), to nie da sie ukryc, ze pod wzgledem brzmieniowym najbardziej bezposredni wplyw mial m.in. na brytyjskie monstra straszace w ubieglej dekadzie znane jako Muse, Archive i Coldplay. no ale nawet ziarna zasiane przez Fab Four tez dawaly rozne jakosciowo plony, wiec zamknijmy temat i przejdzmy do wspomnianego impaktu spolecznego.

bo choc oficjalnie niby „OK Computer” koncept albumem nie jest, to ignoranctwem byloby nie dostrzeganie, ze ta plyta to znacznie wiecej niz 12 piosenek osadzonych w szeroko pojetej stylistyce rockowej. to swiadectwo milenijnej neurozy, minorowych nastrojow panujacych w tamtym czasie – zreszta do dzis, a moze zatem juz po wsze czasy aktualnych. bo nie wyglada na to, by Czlowiek juz czul sie OK w tym skomputeryzowanym swiecie, a wrecz przeciwnie. skojarzenie z tematyka longplejow Fear Factory raczej byloby grubo przesadzone, natomiast juz predzej mozna powolac sie na „Downward Spiral” Nine Inch Nails, bo to bardzo podobna skala dekadencji i beznadziei, choc osiagana diametralnie roznymi srodkami.

no wlasnie, czas pomowic o samych dzwiekach. idealnie oddaje je porownanie wyczytane w jednej z recenzji – undegroundowa elektronika nagrana przez zespol gitarowy. choc calosc otwiera „Airbag”, w ktorym szala przechyla sie ewidentnie na elektroniczna strone, zapowiadajac to co juz wkrotce wydarzy sie na „Kid A” i plytach kolejnych. ale juz „Paranoid Android” to jednoznacznie rockowa rzecz, w swym ksztalcie aranzacyjno-kompozycyjnym stanowiaca wizytowke albumu i jeden z jego hajlajtow. „Boehemian Rhapsody” muzyki konca wieku? cos w tym jest. po uslyszeniu tego kawalka wszyscy domorosli progrockowcy powinni spakowac manatki i zajac sie znacznie produktywniejszymi czynnosciami pokroju uprawy pietruszki, godzac sie z tym, ze i tak niczego lepszego od „Paranoid Android” nie wymysla.

na pewno przeskok stylistyczny z „Ok Computer” na „Kid A” byl wiekszy niz ten z „The Bends” na „Ok Computer”. tu wciaz rzadza przede wszystkim gitary. a jednak pod wzgledem brzmienia zdecydowanie mozna tu mowic o otwarciu nowego rozdzialu. czy bedzie to melancholijny akustyk gitarowo-fortepianowy „Karma Police”. czy eksplodujacy w finale „Climbing Up The Walls” (te smyki, to wydarcie Yorka, Bozesz Ty Moj). czy nastepujacy po nim kolysankowy w nastroju, a skrajnie depresyjny tekstowo „No Surprises”. wymienilem akurat moje ulubione numery, aczkolwiek wyliczanka moglaby obejmowac kazdy track. bo nawet jesli nie kazdy numer bierze me serce jako zakladnika („Let Down” jest uroczy, ale od Perfekcyjnego Albumu oczekuje numerow wiecej niz uroczych), to juz wobec calosci pozostaje bezbronny.

nie aby calkowicie bezbronny, jak juz zreszta wspominalem. ale syndrom sztokholmski zdecydowanie jest tu obecny. „Ok Computer” ma sporo ze Swietej Krowy, ale tez naprawde jest za co czcic ten album.

 

najlepszy moment: CLIMBING UP THE WALLS

ocena: 9/10

Leave a Reply