Smoosh – Withershins
wydawca: DIY
Serce roście słuchając takich albumów. Nie tyle ze względu na samą jakość (choć to także), co przez osoby za nie odpowiedzialne. Amerykańskie trio Smoosh tworzą siostry, których średnia wieku w momencie wydania „Withershins” oscylowała w rejonach wczesnolicealnych. Oczywiście sam młody wiek, zwłaszcza w kontekście współczesnej branży muzycznej która nowych gwiazd szuka już po żłobkach, nie musi imponować. Tyle tylko, że dziewczyny, zamiast tworzyć żeński odpowiednik Jonas Brothers czy machać w teledyskach dopiero co rozwiniętymi piersiami, uparły się grać indie rocka inspirowanego Tori Amos i The Dresden Dolls, własnoręcznie skomponowanego i odegranego. Dobra nasza, może coś będzie jeszcze z tych nowych pokoleń.
Nie słyszałem wcześniejszych dokonań sióstr Saavedra (pierwsze dzieło – „Tomato Mistakes” – popełniły, gdy najstarsza z nich miała… 8 lat), zatem pominę w dalszym opisie „Withershins” takie terminy jak „progres”, „regres” czy „esksperyment”. Wspomniana najstarsza siostra, Asy, odpowiedzialna jest za główne wokale i instrumenty klawiszowe, pozostałe dwie siostry za sekcję rytmiczną. I ten podział ról jest wyraźnie widoczny w strukturze kompozycji. Patent jest prosty, żeby nie powiedzieć odrobinę przewidywalny: zaczyna się od zarysowującego melodię i nadającego ton klawisza, do którego za chwilę dołącza śpiew, czysty, ładny, czasem w dwugłosie. Teoretycznie popowy, ale praktycznie bez wyjątku przeszyty przytłaczającym wręcz smutkiem. Od pewnego momentu piosenki wchodzi sekcja rytmiczna – bardziej jednak niż nadająca rytm „grająca swoje” i służąca eskalacji nagromadzonych wcześniej emocji, przez co spychająca resztę wchodzących razem z nią instrumentarium na dalszy plan. Różnica między kolejnymi piosenkami sprowadza się głównie właśnie do tych dodatkowych partii instrumentalnych – trąbek („In The Fall”), smyków („The Line”, „Promises”) czy automatu perkusyjnego („The World’s Not Bad”). I choć momentami jest przepięknie, to na dłuższą metę taki pomysł na piosenki zaczyna lekko nudzić, zwłaszcza jeśli nagromadzi się je jedna za drugą. Na szczęście w porę przychodzi odświeżenie formuły, jak w „Aarplane Song” z podkładem wywodzącym się z regionu elektronicznego czy „Call Of The Mid-Afternoon”, poprzez wyeliminowanie klawisza kojarzący się z PJ Harvey z okresu „Is This Desire?”.
Przez wspomnianą wcześniej powtarzalność ocena końcowa bardziej naciągana aniżeli zasłużona. Ale album jako całość działa, chwilami porywa, a na całej rozciągłości odurza słuchacza trudno definiowalną szczerością i pasją. Kolejny dowód, że dzisiaj najlepszej muzyki należy szukać w internetach.
najlepszy moment: WE ARE OUR OWN LIES
ocena: 7,5/10
