Wenus w najkach
reżyseria: André Antônio
Przyznam szczerze, że coraz bardziej męczy mnie wystawianie ocen pod omawianymi tu filmami/koncertami/albumami/co tam jeszcze zdarza mi się recenzować. Pisać o tym czy coś jest fajne (w moim mniemaniu) lub nie – tak. Ale już to umieszczanie na skali fajności, jeśli chce by było w miarę uczciwe, zajmuje mi więcej czasu niż samo stworzenie recenzji. Może ta skala jest już przestarzała?
Dziś ta refleksja dopadła mnie jeszcze bardziej, bo nie mam bladego pojęcia jak ocenić „Wenus w najkach”. Więcej – zupełnie nie wiem, według jakich kryteriów miałbym ten film ocenić.
Jedno wiem na pewno – zdecydowanie jest to najbardziej chora rzecz, jaką obejrzałem w ramach Nowych Horyzontów. Nie że dziwna, odbiegająca od normy – to dobre określenia dla „Kafki dla dzieci” czy „Niefortunnego numerku”, które przy „Wenus” były wręcz sztampowe. W sumie to mocno zastanawiam się, czy o „Wenus” można mówić jeszcze w kategoriach filmu.
Może bardziej performance? Zwłaszcza, że mówimy o dziele stosunkowo krótkim, zamykającym się w trzech kwadransach. Obsada zamyka się de factow jednej osobie, będącej zarazem sprawcą całego zamieszania. Reżyserem, zapewne też producentem (po obejrzeniu całości mógłbym obstawić, że budżet tej produkcji oscylował w okolicach zera), scenarzystą… Wróć. Cała „fabuła” Wenus sprowadza się do tego, że psycholożka rozmawia z pacjentem – w obu rolach pochodzący z Ameryki Południowej pan Antonio. Pacjent ma dość nietypowy fetysz – buty. I nie chodzi o ich kupowanie. Nie mogą to też być zwykłe buty, świeże ze sklepu – jak widzimy w fantazjach naszego głównego bohatera, w które lubi odpłynąć zwłaszcza podczas sesji terapeutycznej, na swoje obiekty pożądania poluje przede wszystkim w męskich szatniach. Jakby ktoś się zastanawiał, czy taki fetysz obuwniczy idzie w parze z fetyszem stóp, to tak – dobrze przepoconymi stopami nasz sympatyczny kolega nie wzgardzi, zresztą co widać na plakacie.
Oczywiście można podejść do „Wenus” zupełnie serio, po seansie zadając sobie ważkie pytania typu „gdzie istnieje granica fetyszu? czy przypadłość głównego bohatera to fetysz czy zwyczajne zboczenie? i czy to drugie też ma swoją granicę? i co, jeśli główny zainteresowany czuję się ze swoją przypadłością wręcz fantastycznie i absolutnie nie chce jej zmieniać, zwłaszcza że nikogo nią nie krzywdzi?”. I wiele innych. Nie mówię nawet, że nie warto takich pytań sobie zadawać, zwłaszcza że żyjemy w kraju, w którym wciąż za mało rozmawia się o seksualności, jakakolwiek by ona nie była. Myślę jednak, że zamysłem twórcy było jednak przede wszystkim wywołać szok i (u)śmiech, a ewentualnie na dalszym miejscu dyskusję. I to się zdecydowanie udało, przyznam że każda kolejna fantazja głównego bohatera, coraz hm odważniejsza, wywoływała też coraz większy szczery śmiech na sali. Ktoś zapyta (SPOILER ALERT) co jest zabawnego w spuszczaniu się na buta. Well, okazuję się że jest, wystarczy pokazać to w odpowiedni sposób i w odpowiednim kontekście. Nie jest wykluczone, że swoje też zrobiła okoliczność sali kinowej – przypuszczam, że u większości osób śmiech łączył się z niedowierzaniem „czy widzicie to samo co ja?”.
Long story short – był to bardzo, bardzo ciekawy seans, który więcej miał wspólnego z puszczeniem pornosa na zajęciach ASP niż tradycyjnie pojmowaną ucztą filmową. Dlatego, jak wspomniałem na początku, nie przywiązujcie się do poniższej oceny. Co nie zmienia faktu, że zdecydowanie „Wenus” polecam. Nawet jeśli już jej potem nie odzobaczycie.
najlepszy moment: uświadomienie sobie, że już nigdy dokładnie tak samo nie spojrzę na buty jak przed seansem
ocena: 8/10
