Three Days Grace
kto: Three Days Grace, 10 Years
Znacie taki gatunek jak butt rock? Przyznam ze wstydem, że ja sam poznałem go relatywnie niedawno, ale już go uwielbiam. A właściwie nie tyle sam gatunek, co genezę jego powstania. Otóż butt rock wziął swą nazwę od amerykańskich stacji radiowych, które reklamowały się (a niektóre nawet dalej tak robią) hasłami typu „nothing but ROCK”. Ktoś powie, że to tylko dołożona litera t, o co chodzi. Ale za tą literą „t” kryje się bardzo wiele – to jest cały stan umysłu. To nawet więcej niż rockizm – bo rockiści, nawet jeśli poruszają się po skali wyłącznie muzyki gitarowej, to są w stanie przyswoić zarówno mainstream, jak i niszowe wynalazki typu grindcore. Butt rock tymczasem to nic innego jak radiowy rock – cięższy od „radiowej papki” z RMFu, ale nie na tyle, by wystraszyć masy. Śmieszność sytuacji polega na tym, że 9 na 10-ciu fanów butt rocka jest przekonanych o wyższości swojego gustu nad fanami popu i innych popularnych gatunków, gdy tymczasem ich ulubione piosenki powstają według dokładnie tej samej receptury, z tą różnicą, że w procesie produkcyjnym ktoś dla zmyłki dołożył gitary.
I tu wchodzi cały na biało Three Days Grace, jeden z czołowych reprezentantów gatunku. Owszem, Wikipedia podpowiada, że grają muzykę z takich rejonów jak post grunge (można przytaknąć, choć rzekłbym że jest to post-post-grunge, jeśli za post- uznajemy Bush czy Silveerchair), alternative (hehe) rock/metal, a nawet nu-metal (co ma o tyle wspólnego z prawdą, że panowie zaczynali na przełomie wieków, kiedy wszystko co było melodyjne i na większym przesterze wrzucano do tego worka), ale nie dajcie się zwieść – 3DG to zespół, za którego istnienie każdego dnia dziękują redaktorzy Antyradia i Eski Rock, bo to zespół skrojony wprost idealnie pod ich formaty. I chociaż są to stacje radiowe, które staram się omijać szerokim łukiem, to sekret butt rocka polega na tym, że każdy fan muzyki gitarowej go lubi – chociaż mało który się przyzna. A przynajmniej któregoś z jego reprezentantów, lub pojedyncze przeboje. I ja się przyznaję bez bicia – tak jak odsłuch całych albumów 3DG jest dla mnie nie lada wyzwaniem, tak sporo ich singli to czysty miód na rockistyczną część mojego serca. Dlatego byłem całkiem podjarany perspektywą koncertu jako właśnie takiego best ofu z twórczości 3DG, a dodatkowo z własną, unikalną energią wykonu live.
I się nie zawiodłem. To był absolutnie uczciwie zagrany koncert. Bez efekciarstwa koncertowego (chyba że za takowe liczyć dwuplatformowe zagospodarowanie sceny, z perkusistą na podwyższeniu) i z dobrą interakcją. Był mini set akustyczny, było zaproszenie fanek na scenę do wspólnego śpiewania „Just Like You”, było call & response. Była nieprzesadzona reprezentacja wydanego w tym roku „Explosions” oraz przekrój przez całą dyskografię. Cieszmy się, że Matt Walst nie ma syndromu Johna Frusciante i nie ma najmniejszego problemu ze śpiewaniem piosenek powstałych z poprzednim wokalistą (co byłoby o tyle niedorzeczne, że mówimy o ponad połowie dyskografii) – dzięki temu mogliśmy (a wspomnę, że mówimy o klubie nabitym do soldoutowego pełna) na koniec setu właściwego odśpiewać największy z hitów, a zarazem numer od którego wszystko się zaczęło, czyli „I Hate Everything About You”. Nie rozumiem natomiast braku świetnego „I Am Machine” – i o ile ja jakoś ten brak przeżyję, tak szkoda mi kolesia który obok mnie wydzierał się przez pół koncertu o ten utwór.
Dodam, że przed gwiazdą wieczoru wystąpił 10 Years – który wprawdzie można by również wpasować w ramówkę Antyradia, ale już przez inklinacje Deftonesowe, a nawet post-hardcore’owe z trochę większym trudem. Z drugiej jednak strony słychać było, dlaczego pomimo stażu porównywalnego do 3DG występowali w roli rozgrzewacza. Na plus bardzo sympatyczny cover „Heart-Shaped Box”.
najlepszy moment: I HATE EVERYTHING ABOUT YOU
ocena: 7,25/10
