rageman.pl
Film

Zakochani w Rzymie

rok: 2012

reżyseria: Woody Allen

 

Wow, drugi raz w kinie w przeciągu roku. Zostaję kinomanem!

Przyznam że nigdy jakimś specjalnym fanem Allena nie byłem. Oczywiście nie kwestionuję jego talentu, ale wątpię, czy w jakimkolwiek stopniu mój świat był uboższy bez tych dwóch filmów na krzyż z jego repertuaru, które dane mi było obejrzeć. I szczerze mówiąc nigdy nie miałem ciśnienia, by bardziej się rozeznać w temacie. Tym bardziej, że facet trochę tych filmów naprodukował. Zobaczmy – od jakiegoś ’71 roku kręci nowe dzieło praktycznie co roku. Każdy film to przynajmniej 1,5h. Co daje nam łącznie około 60godzinny seans. Uh, sorry, zostawiłem czajnik na gazie, na razie.

Zmierzam do tego, że „Zakochanych w Rzymie” obejrzałem bez jakichkolwiek oczekiwań i obciążeń. Jedyny cel – odpiąć się w trochę bardziej wysublimowany sposób. I się udało w stu procentach właściwie.

Nie będę ukrywał, że Allen kupił mnie już samą konstrukcją fabuły. Zawsze miałem słabość do filmów z kilkoma, niezależnymi od siebie (przynajmniej przez większą ich część) wątkami. Z tego też powodu nawet „Sezon na leszcza” Bogusia Lindy wspominam z sympatią jako prawdopodobnie jedyna osoba w tym kraju. I w „Zakochanych” też mamy kilka wątków, które przede wszystkim splata to, że rozgrywają się w stolicy Włoch. Jest wątek Jerry’ego (w tej roli sam Allen), niespełnionego reżysera operowego (hmmm…), który przybywa z żoną do Rzymu z zamiarem poznania wybranka serca jego córki, by koniec końców odkryć wybitny talent wokalny u rodzica ów wybranka, na co dzień parającego się prowadzeniem zakładu pogrzebowego. Jest wątek Leopoldo (Roberto Benigni), totalnie zwyczajnego pracownika biurowego, który z zupełnie niezrozumiałych dla siebie powodów staje się nagle celebrytą. Trzeci wątek to historia świeżo poślubionej pary, która przyjeżdża do Rzymu z małego miasteczka. Pan młody o imieniu Antonio ma tam spotkać się z krewnymi, którzy są w stanie załatwić mu intratną fuchę. Żona wychodzi tylko na chwilę by poprawić u fryzjera włosy, przy czym chwila ta wydłuża się do całkiem pokaźnych rozmiarów, zaś w międzyczasie do drzwi Antonia puka sama Penelope Cruz, co skutkuje całym łańcuchem zbiegów okoliczności. No i ostatni wątek, chyba najciekawszy. Czyli historia podstarzałego architekta Johna (świetny Alec Baldwin) i jego relacji ze spotkanym przypadkiem studentem Jackiem, miotającego się w uczuciach między swą długoletnią dziewczyną i jej artystycznie przegiętą na umyśle przyjaciółką.

Cztery wątki, które aż do samego końca pozostają niezależne od siebie, a jednak mają więcej wspólnego niż może się wydawać. Przede wszystkim – to Allen razy cztery. Allen, którego doskonale znamy z wcześniejszych jego filmów. Neurotyczny, sarkastyczny, lekko sfrustrowany, gamoniowaty. Owszem, nie są to kalki jeden na jeden – u Jerry’ego przeważają inne cechy niż u Antonio, a jeszcze inne u Jacka. Ale wszystkie te postaci sprawiają wrażenie wyjętych z tej samej linii produkcyjnej, co umacniane jest też przez całkiem zbliżoną fizjonomię i ubiór. Jak najbardziej dotyczy to też Leopolda, choć Benigni kreuje tą postać totalnie w swoim stylu. Jeśliby pójść dalej w interpretacji, to można dostrzec w samych tych historiach wtręty autobiograficzne nie tylko na płaszczyźnie charakterystyki ich głównych bohaterów, ale także ich perypetii. Czy Allen nie czuł się ze swą sławą równie nieswojo co Leopold? Czy jego wkraczanie do świata rozrywki  nie przypominało konfrontacji Antoniowej prostolinijności z Wiecznym Miastem? Czy jego zawirowania w życiu osobistym miały coś z tego, co przeżywa Jack? I czy wreszcie Jerry, utyskujący na fakt, że czując twórczą potencję wszyscy wysyłają go na emeryturę nie jest jakimś apelem samego reżysera „Zakochanych”?

No dobra, ale niby to miała być komedia romantyczna. Więc gdzie ta miłość? Niby jest, niby wielu z bohaterów przeżywa stany romantycznego uniesienia. Ale wydaje się, że znacznie częściej miłość kierowana jest tutaj do własnej osoby, zamiast dawania jest tu brania, dominuje potrzeba atencji. U Jerry’ego, u Milly – żony Antoniego, u Moniki, obiektu westchnień Jacka. Także Leopold, chociaż przed nią się broni, w końcu też jej ulega. Choć równie dobrze można by tu wspomnieć o zjawisku zwanym sławą i jego różnym wpływie na ludzi. Przeważnie złym, chociaż są tu wyjątki jak teść córki Jerry’ego, który woli jednak wciąż śpiewać pod prysznicem.

Czyli co? Czyli jednak inteligentna rozrywka. Wątki, szczególnie ten z Jackiem/Johnem, dopuszczają wiele możliwości interpretacji. Rozrywki też sporo, choć przybiera ona dość różne postacie. Wątek z Benignim to one-man show znane choćby z „Życie jest piękne”, podczas gdy wątek Antoniego to czystej krwi komedia przypadku (chociaż tu Penelope też daje show, tyle że aktorskie). W tym kontekście najlepiej jednak wypada wątek z samym Allenem. Niektóre dialogi to czysty majstersztyk. Ale bez rozdzielania – film wypada kapitalnie jako całość. Nawet jeśli za rok prawdopodobnie nie będę o nim pamiętał.

 

najlepszy moment: aktorka grająca Milly (z całym szacunkiem dla Penelope i jej… hmmm… no wiecie)

ocena: 8/10

Leave a Reply