rageman.pl
Film

Zagubiona Autostrada

rok: 1997

reżyseria: David Lynch

 

Omawiany kilka wpisów temu „Twin Peaks: Ogniu Krocz Ze Mną” pokazywany był w Kinie Elektronik w ramach eventu „Weekend z Davidem Lynchem”, podczas którego pokazano także „Zagubioną Autostradę”. I przyznam że bardzo mnie ten wybór ucieszył, bo gdybym sam wcześniej miał wybierać które dzieło Lyncha (pomijając „Twin Peaks” oczywiście) chciałbym ujrzeć ponownie w kinie (a właściwie po raz pierwszy, mając na względzie mój wiek) to postawiłbym dokładnie na ten sam film. Nie ukrywam, że poza wiadomym serialem jest to najściślejsza czołówka moich Lynchowskich faworytów. Z kilku przynajmniej powodów.

Zacznę od, za przeproszeniem, dupy strony – chodzi o tzw. timing. „Lost Highway” to de facto pierwszy film Lyncha pokazywany w Wolnej Polsce – „Ogniu Krocz Ze Mną”, jako skierowany wybitnie do wyselekcjonowanej grupy fanów serialu, można tu uznać za drobny falstart. W jakimś stopniu mogło to wpłynąć na fakt, że o ile globalnie „ZA” nie jest zaliczana do najwybitniejszych osiągnięć Lyncha, tak w Polsce dosyć często uchodzi za największego faworyta – czy to w rozmowach prywatnych, czy w publikacjach dziennikarskich. Też premiera tego filmu przypadła na etap kształtowania się gustów (w tym filmowych) dzisiejszych trzydziestokilkulatków (w tym także u niżej podpisanego),  więc w pewnym sensie jest to też sprawa pokoleniowa. I chociaż to „Prosta Historia” była tym filmem DL który jako pierwszy obejrzałem na dużym ekranie, to bardziej „Zagubiona” mi się kojarzy z tamtymi jeszcze-beztroskimi czasami.

Druga sprawa, o wiele istotniejsza – oprawa muzyczna. Przy okazji „ZA” Lynch postanowił zrobić skok w bok i nie tylko nie powierzył udźwiękowienia filmu swojemu stałemu współpracownikowi, Angelo Badalamentiemu (na ścieżce dźwiękowej pojawia się tylko w jednym utworze), ale też wyjątkowo postawił na piosenkowość a nie „score” jak dotychczas. Na dodatek wybór szefa warstwy dźwiękowej był bardzo „na czasie” – Trent Reznor i jego Nine Inch Nails to byli na tamten czas jedni z najważniejszych graczy na rynku alternatywnego rocka, na dodatek mający już wtedy na koncie sukcesy na polu opraw muzycznych – dla świata filmu („Urodzeni Mordercy”) i gier komputerowych („Quake 1”). Podobnie jak w przypadku filmu Oliver’a Stone’a Reznor postawił na selekcję cudzesów (jedyne własne utwory na OST to kapitalny, podpisany własnym nazwiskiem „Driver Down” i jeden z najlepszych singli w historii NIN „Perfect Drug”) – i wygrał doszczętnie. Wierzę że kiedyś poświęcę tej ścieżce dźwiękowej osobną recenzję, napiszę krótko że dla mnie ten album jest jednym z najlepszych w swej kategorii, miażdzący klimatem, a także spójnością – bo na papierze mix utworów Davida Bowiego, Smashing Pumpkins, Marilyn Mansona i Rammsteina wcale nie musi się bronić. Co ważne, zdecydowaną większość utworów ze ścieżki dźwiękowej kapitalnie wpleciono w treść filmu – to jeden z najbardziej muzycznych filmów Lyncha. Jakby tego mało, najpiękniejszą scenę filmu oprawiono w nieobecny na soundtracku „Song To The Siren” w wersji This Mortal Coil, a jedną z ról w filmie gra Henry Rollins. Tak, ten film Lyncha był zdecydowanie „cool” – i wciąż takim pozostaje, bo przecież żaden z tych artystów/zespołów nic nie stracił na świeżości.

Przejdźmy do rzeczy najważniejszej, czyli samej treści filmu. O fabule jednak nie ma sensu za wiele mówić. Po pierwsze niezwykle łatwo ją zaspoilerować (co pewnie i tak za chwilę zrobię, więc OSTRZEGAM). Po drugie ciężar filmu zdecydowanie spoczywa na atmosferze, tworzonej przez piękne plastycznie kadry i wspomnianej muzyce często odgrywającej narratorską rolę, aniżeli fabule. Inna sprawa, że sama fabuła jest oparta na dość sztandarowych motywach w twórczości Lyncha, czyli dualiźmie i lawirowaniu na granicy jawy i snu. Wielu twierdzi, że wątki te zostały najpełniej przedstawione w „Mullholand Drive”, ja obstawiam jednak „Zagubioną Autostradę” jako dzieło o o wiele mniej łamigłówkowo-puzzlowej strukturze, może nawet prostsze w interpretacji, dzięki temu zwyczajnie piękniejsze. Fundamentalna różnica – która też decyduje o lepszym moim odbiorze „ZA” –  między głównymi bohaterami Zagubionej i Mulholland jest taka, że w tym drugim filmie projekcja wymyślonej alternatywnej rzeczywistości wynikało z zagubienia, potrzeby urozmaicenia swojego życia. Coś, co w pewnym sensie zapowiedziało to co mamy dzisiaj, i co tylko dośrubowują takie jednostki jak Łukasz Jakóbik. Fred (najfajniejsza rola Billa Pullmana) wymyśla sobie nowe życie bo de facto MUSI. Jak bardzo musisz mieć przejebane, do jakiego skraju posunięty, by wymyślić się na nowo i jeszcze w tę odmianę święcie uwierzyć? Trzeba by spytać OJ Simpsona – jedyny trop interpretacyjny, jaki wymsknął się twórcom filmu.

„I like to remember things my own way. Not necessarily the way they happened.” Nie wiem czy „Zagubiona” jest najwybitniejszym filmem Lyncha. Ale ja go zapamiętałem jako najlepszy i, co ciekawe, każdy kolejny seans utrwala to przekonanie.

 

najlepszy moment: DZIWNA ROZMOWA / RAMMSTEIN / DICK LAURENT IS DEAD

ocena: 9,75/10


	

Leave a Reply