In Memoriam: Gregg Allman (08.12.1947-27.05.2017)
I kiedy wydawało się, że ten 2017 rok będzie odrobinę mniej bolesny od poprzedniego jeśli chodzi o straty ludzi szeroko pojętej Sztuki, przyszedł maj. I jego dwa ostatnie tygodnie, kiedy to zdążyliśmy pożegnać Zbigniewa Wodeckiego, Rogera Moore’a, a przede wszystkim Chrisa Cornella. A teraz jeszcze to…
Nie będę rozpisywał się o moich relacjach z The Allman Brothers Band, bo przecież nie dalej jak kilka miesięcy temu żegnaliśmy Butch Trucksa gdzie ten temat został omówiony. Z całym szacunkiem jednak, ale mówiąc o The Allman Brothers Band trzeba mówić przede wszystkim o Greggu – to on współzakładał zespół ze swym bratem i nadał mu nazwę, był jego głosem, frontmanem, liderem, głównym kompozytorem oraz, last but not least, jedynym stałym elementem jego składu przez ponad 40 lat funkcjonowania (z drobnymi przerwami). Bez Gregga nie ma zespołu i jeśli ktoś liczył na jego choćby tymczasowy reunion to już może definitywnie pogrzebać te nadzieje. Zresztą, jak słusznie większość osób żegnających Gregga słusznie zauważyło, ten reunion właśnie nastąpił. Bracia po 46 latach znów razem. Plus jeszcze pozostali członkowie oryginalnego składu: Berry Oakley i wspomniany Trucks.
Nie sposób tu wspomnieć o samym bogatym życiorysie Allmana, być może jednym z najciekawszych w historii muzyki nie tylko rockowej. W sporej mierze jego zawiłość to zarazem zawiłość historii Zespołu, naznaczonej narkotykami, rock and rollowymi ekscesami typowymi dla epoki rocka lat 70-tych, waśniami (głównie na linii Gregg – Dickey Betts, co zakończyło się wyrzuceniem tego drugiego z zespołu – po 31 latach!), no i tragicznymi śmierciami, w tym Duane’a Allmana (swoją drogą nie ma chyba drugiego takiego przypadku w całym wszechświecie, by pozostawać jednym z najważniejszych członków w 45-letniej historii zespołu, dając mu fundament w nazwie i w brzmieniu, będąc zarazem w tym zespole przez 2 lata). A przecież to jeszcze kawał „solowej” historii – tabloidowej (małżeństwo z Cher, co na tamte czasy było mezaliansem milion razem większym niż romans Nergala z Dodą – inna sprawa, że Gregg ze swoją „top-modelową” urodą był łakomym kąskiem dla celebryckiego świata), prawniczej (wsypanie swojego tour managera w dilowanie dragami jako sposób na uratowanie własnego tyłka, co – chyba słusznie? – zaowocowało totalnym ostracyzmem nawet wśród muzyków własnego zespołu), fun-factowej (wiecie że owoc wiązku Gregga z Cher to lider kultowego w nu-metalowych kręgach zespołu Deadsy?). A jakby tego było jeszcze mało, nawet dokumentacja życiorysu młodszego z Allmanów zaczęła żyć swoim tragicznym życiem – realizacja filmu o jego losach, na podstawie autobiografii „My Cross To Bear”, została przerwana po pierwszym (!) dniu, kiedy to na skutek niedopatrzenia na planie zginęła asystentka reżyseria, a odtwórca głównej roli uszedł ledwo z życiem, w efekcie czego reżyser i główny producent filmu wylądowali w więzieniu. Słabo? To dodajmy jeszcze ostatnie lata naznaczone walką z rakiem i wirusowym zapaleniem wątroby, by uświadomić sobie, że nie może być przesady w słowach o Muzyce jako tym elemencie, który trzymał GA przy życiu. I każe zadać sobie pytanie – czy ci, którzy tak zazdroszczą gwiazdom rocka ich celebryckiego życia, na pewno chcieliby być w skórze Grega Allmana?