rageman.pl
Film

Yesterday

rok: 2019

reżyseria: Danny Boyle

 

Bierzesz Danny’ego Boyle’a, jednego z najbardziej uznanych reżyserów ostatniego ćwierćwiecza, odpowiedzialnego choćby za genialne „Trainspotting”. Dodajesz do tego muzykę The Beatles, zespół powszechnie uznawany… nie no, przecież tego akurat nie będziemy tłumaczyć. I finalny składnik – scenarzysta Richard Curtis, który za sprawą „Love Actually” czy „Cztery Wesela i Pogrzeb” (z naciskiem na ten pierwszy) wzniósł gatunek komedii romantycznej na wyższy poziom. Co może powstać z takiego połączenia? Eeeee… letni wakacyjny film?

Byśmy się źle nie zrozumieli – to wciąż kapitalny w oglądaniu film, idealny choćby na randkę z dziewczyną, która może nie jest muzycznym nerdem znającym na wylot dyskografię Spiritualized i The Smiths, ale też reprezentuje z sobą coś więcej niż kibicowanie Nocnemu Kochankowi. Niemniej wciąż nie opuszcza mnie wrażenie, że z tego genialnego konceptu można było wycisnąć coś więcej.

Otóż historia przedstawia się następująco – otóż mamy głównego bohatera Jacka, po godzinach spędzonych jako magazynier aspirującego songwirtera, którego słucha jedynie grupka znajomych (choć raczej z litości – któż z nas nie przeżył krępującej sytuacji pt. „koncert zespołu kumpla dla 5 osób”). No i jego kumpela/menedżerka, której bezgraniczna wiara w Jacka – jak się później okazuje – nie opiera się wyłącznie na narządzie słuchu, ale też i sercu. No i tenże Jack, wracając po jednym z takich smutnych koncertów, zostaje potrącony przez autobus – w tym samym momencie, kiedy na całym świecie w niewyjaśnionych okolicznościach na 12 pada prąd. Wypadek ma dobry i zły efekt. Dobry – w gruncie rzeczy Jackowi nic się nie stało poza siniakami i straconymi dwoma zębami. Zły efekt – niedługo po przebudzeniu się odkrywa, że nikt nie zna The Beatles, nigdy nie istnieli ani oni ani tacy jegomoście jak John Lennon czy Paul McCartney. Piekło na ziemi? Jedna wielka krętka z udziałem całej ludności? Efekt rozluzowania się zwojów mózgowych w następstwie wypadku? Za bardzo nie ma czasu rozkminiać przyczyn, bo piosenki Fab Four grane przez Jacka szybko zyskują popularność jako jego autorskie kompozycje, a co za tym idzie – on sam staje się gwiazdą światowego formatu, większą nawet niż Ed Sheeran…

Świat bez The Beatles? No przecież wiadomo że niejedna osoba zastanawiała się nad takim wariantem rzeczywistości, więc musiał ktoś w końcu nakręcić o tym film. Zatem koncept nie jest może tak oryginalny jak ten w „Being John Malkovich”, ale i tak możemy mówić o podobnym poziomie zakręcenia, absurdu wręcz. Czemu więc „Yesterday” nie jest filmem na podobnym poziomie co „BJM”? Trudno orzec. Pierwszy trop przychodzący na myśl to taki, że w przypadku „Yesterday” ciężar koniec końców został położony na wątku romantycznym, a nie Beatlesowskim koncepcie. A tenże wątek, najogólniej rzecz ujmując, nie porywa. Nie aby umiejętności odtwórców głównych ról specjalnie kulały – mimo że mówimy o relatywnie nowych twarzach w branży – ale trudno uwierzyć w to, by była tu taka namiętność, by Jack był gotów dla niej porzucić bycie Największą Gwiazdą Muzyki na Świecie. Zresztą skoro mowa o „BJM” – Spike Jonze w innym swoim filmie, „Her”, pokazał że szalony koncept nie przeszkadza w opowiadaniu przejmująco o miłości. A przecież Danny Boyle to podobna liga reżyserska.

Wciąż – jeśli nie pójdziemy do kina z nastawieniem na bycie wbitym w fotel, to wciąż kawał sympatycznego, zabawnego kina. O miłości (jednak), ale też i częściowo o branży muzycznej (świetna scena Mityngu Marketingowego). W tym drugim kontekście świetnym strzałem było obsadzenie Eda Sheerana jako, no właśnie, Eda Sheerana. Chłopak pokazuje tu kawał dystansu do siebie. Swoją drogą przypomniało mi się, że ostatni raz o Rudym pisałem tutaj 7 lat temu przy okazji jego wydawanych niezależnie EPek, kiedy jeszcze pukał do drzwi nawet nie Absolutnej Ekstraklasy, co Rozpoznawalności – zaiste tempo kariery godne The Beatles. A teraz próbuję sobie wyobrazić, że ponoć pierwszym wyborem Boyle’a był Chris Martin. Ugh.

Reasumując – czy warto? Zdecydowanie tak. Z ostrzeżeniem, że w przeciwieństwie do piosenek The Beatles, czy nawet „Love Actually”, o tym filmie prawdopodobnie zapomnicie nie dalej jak za pół roku.

 

najlepszy moment: pozytyw braku The Beatles – nie ma też Oasis

ocena: 7,5/10

Leave a Reply