Wybrzeże Moskitów
rok: 1986
reżyseria: Peter Weir
Filmografia Petera Weira jest na tyle bogata, że znajdziemy w niej zarówno niekwestionowalne klasyki jak i filmy, po których obejrzeniu trudno się dziwić, że historia nie obeszła się z nimi tak łaskawie jak choćby z „Truman Show” czy „Piknikiem pod wiszącą skałą”. Znajdziemy w niej też film, którego dysproporcja pomiędzy jakością a popularnością uważam wręcz za skandaliczną.
Allie Fox to, zdawałoby się, wzorcowy przykład realizacji amerykańskiego snu – przedsiębiorczy, ciężko pracujący, ale też otoczony kochającą i wspierającą go rodziną. On jednak tejże Ameryki nienawidzi – a raczej tego, czym się ona stała. Dlatego też po tym, jak (kolejny) efekt jego inwencji twórczej zostaje odrzucony i wyśmiany, postanawia rzucić to wszystko i wyjechać z całą rodziną w Bieszczady, a konkretnie do Hondurasu. Tam też zakupuje po okazyjnej cenie malutką wioską w środku dżungli, by tam zbudować swój nowy, lepszy świat, który uchroni go od zbliżającej się zagłady nuklearnej. Plan dość idealistyczny który, jak można się domyśleć, napotyka problemy i wystawiają na próbę Foxa – ale przede wszystkim jego najbliższych.
Wieść gminna niesie, że pierwotnie rola Foxa była zaproponowana Jackowi Nicholsonowi. I oglądając „Wybrzeże” można zrozumieć, skąd ten wybór, a jednocześnie podziękować losowi za to, że zdecydował się ją porzucić. Bo raz, że byłaby to powtórka z „Lśnienia”, gdzie idealnie pokazał stopniowe popadanie w szaleństwo. Ale też Harrisonowi Fordowi udało się w „Wybrzeżu” to, co, przynajmniej według Stephena Kinga (dla przypomnienia – autor literackiego pierwowzoru), stanowiło porażkę filmowej adaptacji „Lśnienia” – jego główny bohater może i jest irytujący w przekonaniu o swej nieomylności, ale też jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego rodzina (a zwłaszcza syn Charlie, będący zarazem narratorem filmu) są wpatrzeni w niego jak w obrazek. I o ile już od pierwszych scen „Lśnienia” Kubricka nie ma wątpliwości w jakim kierunku pójdzie rozwój postaci granej przez Nicholsona, tak „Wybrzeże moskitów” w pierwszym akcie przypomina bardziej kolejny rozdział przygód rodziny Griswoldów w mniej komediowym, a bardziej przygodowym wymiarze. Przeogromna to zasługa Harrisona Forda, który moim zdaniem tworzy tu jedną z najlepszych, a na pewno najmniej oczywistych kreacji w swej przepastnej karierze – potwora, w którego potworność do końca nie chcesz uwierzyć.
Dla mnie największą wartością filmów jest to, kiedy mówią coś o otaczającym mnie świecie, a szczególnie o relacjach międzyludzkich. Mam to szczęście posiadać wspaniałych, kochających i bardzo ludzkich rodziców. Ale przeraża mnie myśl, jak wiele osób mogło zobaczyć w „Wybrzeżu” swe własne dzieciństwo. Słyszałem dość sporo historii o ojcach dyktatorach, którzy najlepiej wiedzieli, co dla ich rodzin dobre. Jak powinni spędzać wspólny czas, jakie metody wychowawcze są najbardziej skuteczne. Niektórzy zresztą nawet nie zamierzają udawać, że chodzi im wyłącznie o spełnianie swoich (nierzadko chorych) ambicji, a rodzina jest wyłącznie od tego by w tym pomóc. Czasem wyskakują mi na social mediach tzw. „coachingowi ojcowie” i ich mądrości o rodzicielstwie, które w ich wersji bardziej przypomina tresurę niż wychowanie, a to wszystko oczywiście z troski o to, by ich późniejsze wejście w dorosłość nie było brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Słuchanie potrzeb dziecka? Panie, daj pan spokój, a na co to komu.
Skąd więc na „Wybrzeżu” ten kurz zapomnienia? Absolutnie nie mam pojęcia. Zwłaszcza że chwilę przed jego powstaniem tandem Weir & Ford stworzył obsypanego nominacjami do Oscarów „Świadka”, mogło się więc wydawać, że ten duet to gwarancja sukcesu zarówno komercyjnego, jak i artystycznego. A finalnie nie było ani jednego ani drugiego. Może Ford w wersji której się nie tylko nie kibicuje, ale wręcz życzy źle okazało się opcją nieakceptowalną? Nie wiem. Mnie „Wybrzeże” z jednej strony trzymało w napięciu, z drugiej poruszyło, a jeszcze z trzeciej dało do myślenia. Całkiem niezły pakiet jak na mój gust.
najlepszy moment: HARRISON FORD
ocena: 9/10