rageman.pl
Film

Rób, co należy

rok: 1989

reżyseria: Spike Lee

I cyk, kolejna biała plama na mapie naszych filmowych podróży wyeliminowana. Dziś będzie po raz pierwszy o jednym z najważniejszych współczesnych czarnoskórych reżyserów, jeśli nie tym najważniejszym. W jego zdecydowanie najważniejszym filmie.

W co drugiej notce daje nawiązanie do Davida Lyncha, miejmy więc je i tutaj z głowy – jeśli jest jedno filmowe (/serialowe) miejsce będące moim Rajem Na Ziemi, miejscem w którym chciałbym być i mieszkać jak w żadnym innym, to jest to oczywiście Twin Peaks. Ale mówimy wciąż o fikcyjnym miejscu, nawet jeśli miasteczko o takiej nazwie rzeczywiście istnieje na północy Stanów Zjednoczonych. Ale gdybym miał wskazać miejsce jak najbardziej realne, uchwycone na taśmie filmowej, to jest to Nowy Jork z „Rób, co należy” (czy możemy się umówić, że w dalszej części wpisu będę posługiwał się o wiele lepiej brzmiącym „Do The Right Thing” lub skrótem DTRT?). Rany, jak ja kocham ten vibe, tę energię, tę paletę kolorów i dźwięków, ten mix kipiący z ekranu. Nie sposób nie pokochać Nowego Jorku w tej wersji, zwłaszcza że jak mogłem się przekonać kilka lat temu, nie jest to przekłamany obraz. Po prostu Lee wyeksponował to co najlepsze w jego ukochanym mieście i pozwolił tym elementom lśnić w pełnym blasku.

Nie zapominajmy jednak, że DTRT to nie dokument który ograniczył się do postawienia włączonej kamery na skrzyżowaniu ulic. To też kapitalny sposób narracji, pełen luzu i swady i z łamaniem czwartej ściany. To także galeria osobistości, cudownie dziwacznych jednej, ale też pełnokrwistych z drugiej.

I gdybym już tutaj miał kończyć recenzję, to byłaby czysta dziesiątka i temat zamknięty. Ale DTRT to nie tylko portret miasta, nie tylko też portret miasta i ludzi go zamieszkujących. To pełnoprawna filmowa historia – i to taka, która wybrzmiewa społecznym komentarzem. I tu pojawia się drobne ale.

Trudno w jakikolwiek sposób zakwestionować samą refleksję nad tym, że zwyczajnie nie potrafimy uciec od uprzedzeń rasowych i narodowościowych. Że granica między dumą z pochodzenia a ksenofobią jest klarowna tylko na papierze i mało kto naprawdę umie tę granicę wyznaczać. A przede wszystkim – że konflikty które się z tych uprzedzeń rodzą przypominają w swej konstrukcji domino, które zdaje się nie mieć początku, a co najgorsza – końca. I nikt nie potrafi stanąć ponad i wyciągnąć kostkę która by to domino przerwała. Trudno nie dostrzec z przerażeniem, że nie tylko po prawie czterdziestu latach problem ukazany przez Lee jest wciąż aktualny, ale że jest brutalnie aktualny także pod wszystkimi szerokościami geograficznymi – w tym w Polsce 2026 roku, coraz mocniej oblewającej egzamin z gościnności wobec wystarczająco pogrążonych w problemach Ukraińców. Zatem jako komentarz społeczny uwypuklający i diagnozujący problem – to wciąż film praktycznie idealny.

Niestety problem pojawia się w momencie, gdy Lee zaczyna wskazywać palcem winnych. Faktem jest, że nie robi tego w samym filmie, a konkretnie w trzecim, najbardziej kontrowersyjnym akcie. Dzięki czemu zachowuje pozory niejednoznacznej oceny, otwartej interpretacji – bo tu nie ma postaci jednoznacznie złych czy dobrych, każdy ma swoje racje. Ale wystarczy przeczytać jakikolwiek wywiad z Lee i jego refleksje na temat własnego dzieła by dostrzec, że sam wpada w pułapkę którą ukazał i przed którą ostrzega w filmie. Nie chcąc spoilerować, a jednocześnie chcąc powiedzieć bardziej wprost – też bym się wkurwił na miejscu tego Włocha.

Ale też wybaczam Lee tę stronniczość – kocha kulturę z której się wywodzi, co widać w każdym kadrze filmu. A miłość potrafi być odrobinę niedowidząca.

najlepszy moment: NY

ocena: 9,25/10