Wściekły Byk
rok: 1980
reżyseria: Martin Scorsese
Swego czasu wysnułem tezę, że aby widz się zaangażował w film, a zwłaszcza w serial (który musi skupić na sobie uwagę na znacznie dłuższy czas), konieczne jest, by główny bohater zbudzał sympatię. Nawet seriale pokroju „Dextera” czy „Dr. House’a” potwierdzały tę teorię – wiemy, że protagoniści to ludzie źli/zepsuci/odpychający, ale jednocześnie kochamy ich nienawidzić. I chcąc tego czy nie, zaczynamy im kibicować.
Tę tezę obala – choć bardziej na miejscu byłoby słowo „nokautuje” – „Wściekły Byk”. Biografia jednej z najbardziej antypatycznych osób, jakie zobaczycie na filmowym ekranie w roli protagonisty.
Wielu do dziś porównuje film „Byka” do powstałego kilka lat wcześniej „Rocky’ego”, choć jest więcej niż pewne, że w żadnym stopniu ambicją Scorsese nie było nawiązanie artystycznego dialogu z dziełem tandemu Avildsena/Stallone. Inna sprawa, że są to tak skrajnie różne filmy jak to tylko możliwe. „Rocky” – niemal familijny, podnoszący na duchu film o drodze od zera do bohatera. W „Byku” Scorsese pokazał w brutalny, wręcz mroczny sposób drogę Jake’a LaMotty w przeciwnym kierunku. Zatem jeśli miałbym porównywać, to szukałbym… w filmografii samego Scorsese. Cóż, tak się potoczyły moje podróże w krainie X muzy, że to „Wilka z Wall Street” zobaczyłem w pierwszej kolejności. I nie umiem nie postrzegać ich jako lustrzane odbicia, powstałe w różnych stuleciach. To, że oba mają zwierzę w tytułach to zapewne czysta koincydencja. Ale że oba oparte są na rzeczywistych biografiach już nie. Biografiach, co kluczowe w tym zestawieniu, mocno niefajnych osób. Osób, które dzięki swoim niewątpliwym talentom doszły dość szybko na szczyt, by równie szybko z niego spaść. Przede wszystkim dzięki sobie samym – swej zachłanności lub, jak w przypadku „Byka”, autodestrukcyjnej mieszance agresji, zazdrości i nieufności.
I w obu przypadkach mowa o aktorskich tour de force. Zanim DiCaprio stał się w XXI wieku ulubieńcem Scorsese, nierozłączny tandem reżysersko-aktorski tworzył z Robertem DeNiro. I choć roli w „Taksówkarzu” trudno nazwać inaczej niż ikoniczną, to odważyłbym się stwierdzić, że to we „Wściekłym Byku” DeNiro osiągnął aktorski absolut. Powiedzieć, że stał się LaMottą to jak nie powiedzieć nic – on jest w tej roli wręcz zbyt dobry. I być może tu tkwi ten jedyny błąd „Byka” – tak jak jego bohater na ringu, DeNiro nie daje najmniejszych szans widzowi by poczuł jakąkolwiek sympatię do człowieka, którego widzi na ekranie. A mówimy o człowieku, który z taką samą łatwością używał pięści swoich oponentów, jak i do własnej żony. Scorsese to nie Smarzowski i nie skupia się tak bardzo na ukazaniu terroru domowego, ale też tu nie jest potrzebny żaden licznik czy barometr by wiedzieć, że taki człowiek nie zasługuje na choćby cień sympatii. Także u samego reżyseria, któremu w żaden sposób nie zależało, by czymkolwiek to skurwysyństwo LaMotty zrównoważyć – pojedyncze sceny ze ślubu (co ciekawe, jedyne w których pojawia się kolor) przemykają niemal niezauważone. Balansu nie wprowadza także Pesci w roli brata głównego bohatera – jasne, widzimy że jakoś próbuje tego Byka ujarzmić, ale to jeszcze nie powód by określać jego postać jednoznacznie pozytywną.
W sumie więc coś z tej postawionej na początku tezy jest – momentami strasznie ciężko się „WB” ogląda, a na pewno ciężej niż „Wilka”. Tu brak jakichkolwiek comic reliefów, zupełnie różne intencje zdawał się mieć Scorsese przy obu filmach. Przy „Wilku” wydawał się testować widza, na ile jest w stanie wybaczyć komuś kto skrzywdził (ekonomicznie, ale wciąż) tylu ludzi. Tutaj żadnej litości, żadnego współczucia nie ma. Jest tylko upadek człowieka, o którym tle pozytywnego można powiedzieć, że potrafił się po po swojej pierwszej i największej przegranej podnieść.
Z powyższego powodu urwane pół punktu – „Wilk” daje większy fun z oglądania. Ale nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z filmem wybitnym.
najlepszy moment: ROBERT DE NIRO
ocena: 8,75/10