Wieloryb
reżyseria: Darren Aronofsky
Jak już nieraz tutaj wspominałem, bardzo cenię i lubię kino autorskie. Jestem zdania, że nawet słaby (chociaż wiadomo, że jest to rzecz gustu) film tego typu jest warty obejrzenia bardziej niż produkcyjniak nastawiony tylko na wygenerowanie zysku – chociaż oczywiście niech każdy ogląda to co mu/jej się żywnie podoba. Złe dzieło stworzone przez Artystę nie jest tym samym co twór stworzony przez beztalencie – ten drugi inaczej nie umie, zaś ten pierwszy potrafi, tyle że będąc tylko człowiekiem nie z każdą decyzją artystyczną, zwłaszcza ryzykowną, trafia do celu.
Darren Aronofsky niewątpliwie jest Artystą i bezsprzecznie tworzy kino autorskie. I być może jest to jakiś masochizm, niemniej jednak nawet jeśli uważam że każdy jego film jest warty obejrzenia, tak mam z jego pomysłem na kino permanentny problem. I „Wieloryb” wreszcie pomógł mi ten problem nazwać. Aronofsky nie tworzy filmów. On tworzy przypowieści.
A zatem „Wieloryb” jest przypowieścią o skrajnie otyłym facecie, który szuka sensu życia i dochodzi do wniosku, że takowym jest porzucona przed laty córka. I tak, jest to poruszająca przypowieść. Ale zaraz, czy aby na pewno jesteś nią poruszony? Wahasz się? Reżyser nie widzi łez na Twoim policzku. BUM, doładujmy do pieca kolejną sceną w której jest płacz i rozdzieranie szat. Za mało? Więcej rozjebonianu emocjonalnego, widz wytrzyma. Zmierzam do tego, że jeśli jakiś epitet nie do końca pasuje do opisu twórczości Aronofsky’ego, to jest to „subtelny”. Tu nie ma półśrodków, dociskamy kolanem do żwiru i nie ma że boli. I owszem, w przypadku np. tematu narkotyków taki patent się sprawdzał (chociaż uważam, że „Requiem dla snu” nie jest AŻ TAK wybitny, ale to już inny temat) – bo też każdy środek jest dobry, by odstraszyć od gówna jakim są narkotyki. Ale otyłość to nie nałóg narkotykowy, jest miliard powodów dla których można skończyć jak Charlie. I nie chodzi mi tu o wybielanie tej postaci – każdy go oceni według własnego sumienia i przez pryzmat własnych doświadczeń. Ale właśnie choćby przez tę niejednoznaczność w ocenie jego wyborów opowieść o jego historii zasługuje na o wiele większe zniuansowanie. Tyle że trzeba się skupić na człowieku, a nie na przesłaniu – jak właśnie w przypowieściach bywa.
I powiedzmy sobie szczerze – to mógłby być średni film. Mógłby, ale nie jest – dzięki Brendanowi Fraserowi. Ponoć Aronofsky już od wielu lat chciał zekranizować tę historię (bo należy odnotować, że film powstał na podstawie sztuki teatralnej – kto wie, być może nie ciosanej tak grubo jak ekranizacja), tyle że nie mógł znaleźć odpowiedniego odtwórcy roli Charliego. Odważę się stwierdzić, że z Fraserem trafił idealnie – i to na wielu poziomach. Bo przecież sama historia tego aktora to materiał na film, z ciągiem przyczynowo-skutkowym sukces-depresja-odkupienie w roli głównej. Facet, który zasłynął swego czasu rolami w mało ambitnych komediach i filmach przygodowych, nagle okazuje się grać w lidze najwybitniejszych – takiego revivalu Hollywood nie widział od czasu Matthew Mcconaughey’a. Ale też i bez tego backgroundu Fraser ma wszystko to, co odgrywa kluczową rolę w prezencji Charliego – ciepły, ujmujący głos i spojrzenie, w którym tyle samo zagubienia, co pewnej naiwności. Atrybuty, które nie są w stanie zaginąć w tuszy Charliego, niezależnie od jej rozmiaru.
Paradoks polega na tym, że pomimo wszelkich zastrzeżeń to najlepszy Aronofsky od lat. Tyle że trudno oprzeć się wrażeniu, że mógłby być jeszcze lepszy – chociaż może wtedy nie byłby to już Aronofsky?
najlepszy moment: de facto każda scena, w której występuje Fraser
ocena: 8,5/10
