Wardruna
kto: Wardruna
Przyznam że jednym z najbardziej obcych mi gatunków muzycznych są folk i tzw. muzyka świata. Nie to abym miał do nich jakąś awersję czy problem – po prostu interesują mnie tyle sytuacja geopolityczna na Wyspie Zielonego Przylądka. Być może wychodzi ze mnie ignorancja, no trudno – nie da się lubić i zajmować każdą muzyką, tak samo jak lubić każdego człowieka. Kiedy więc pewnego dnia moja Siostra (która na pewno się ucieszy że ją pozdrawiam, niech więc ma!) z ekscytacją zdała mi fotorelację z koncertu zespołu Wardruna w którym uczestniczyła, potraktowałem sprawę ze sporym dystansem. Wikingowie, historyczne instrumenty, na dodatek mocno metalowy posmak (akurat z połączniem folku z metalem mam DUŻY problem) – no nie, podziękuję. Gdybym miał wskazać najbardziej obcy mi sposób spędzania czasu, to byłyby to tzw. rekonstrukcje historyczne. Niemniej jednak ziarno zostało zasiane. W międzyczasie okazało się, że mój pracodawca podpisał kontrakt wydawniczy z Wardruną, więc chcąc nie chcąc zacząłem się wgłębiać w tę muzykę. No i troszkę nawet wsiąkłem. Nie na tyle, by od razu studiować cały gatunek, więc nie wiem czy Wardruna jest jego najlepszym reprezentantem – pewnie nie. Ale jak mówiłem, jestem ignorantem i już umiem z tym żyć.
Kiedy więc zespół (po raz kolejny) pojawił się na koncertach w Polszy uznałem że takiej okazji przepuścić nie można. Zaintrygowało mnie tylko miejsce koncertu – Palladium to ładne miejsce, ale raczej na koncerty siedziane i w stylu ą ę. Uwzględniając całą nietypowość projektu pt. Wardruna, to raczej bym spodziewał się zobaczyć ich w bardziej rockmetalowym miejscu typu Progresja i Stodoła, zwłaszcza że jak się okazało publika raczej przypominała tę z koncertów Metalliki, ale niekoniecznie tych z orkiestrą symfoniczną.
I po koncercie zdania nie zmieniam – chociaż na scenie działa się magia, to sporo traciła w konfrontacji ze sterylnym otoczeniem Palladium. A tu miała być natura, dzikość, pogaństwo! Liczyłem też że w obrębie samej sceny będzie się działo więcej niż po prostu sześciu muzyków z ich instrumentami – może jakieś wizualizacje nawet. Praca świateł była kapitalna, za plecami muzyków też działo się sporo i kolorowo… Ot, może po prostu uroiłem sobie inny koncert.
Ale niech minusy nie przysłonią plusów. To było kapitalne półtorej godziny, z zerowym (pomijając podziękowania na koniec i bisy) kontaktem z publiką – co akurat podziałało bardzo na plus. Podczas misterium nie zagaduje się o klaskanie do rytmu i robienie hałasu. Nie będę opowiadał o setliscie, bo nie mam głowy do nordyckich nazw utworów – zresztą, chociaż bardzo lubię ostatni album, to absolutnie nie nastawiałem się na usłyszenie konkretnych tracków. To miało być całościowe Doświadczenie i takim było. Czy poczułem chłód Północy i woń krwi tych którzy śmieli się podnieść rękę na dzielnych Wikingów? Może niekoniecznie, ale znów stwierdzam, że mieszkanie w takiej Szwecji czy Norwegii, gdzie trochę mądrzej się wydaje pieniądze niż na srających forsą piłkarzy, nie byłoby takim głupim pomysłem.
najlepszy moment: KVITRAVN
ocena: 8,25/10
