In Memoriam: Christine McVie (12.07.1943-30.11.2022)
Chociaż obiecałem sobie nie oglądać mundialu w Katarze z szeroko pojętych względów moralnych, to jednak pokusa obejrzenia meczu decydującego o wyjściu z grupy naszej repry okazała się silniejsza (czy zasługiwali na to to już inna sprawa). Dlatego wieść o śmierci wokalistki Fleetwood Mac dotarła do mnie dopiero dziś. I przyznam, że mocno mnie przybiła.
Od razu zaznaczę, że nie to abym był jakimś mega fanem. Rzekłbym nawet, że raczej określiłbym się mianem słuchacza niedzielnego – zupełnie mnie ominął „etap Petera Greena” (dla prawilnych fanów FM ten Jedyny Słuszny), a później to raczej singlowo niż albumowo. Z jednym, mało zaskakującym wyjątkiem – mowa oczywiście o „Rumours”. Miałem szczęście poznać ten album dość wcześnie, jako że to była jedna z żelaznych pozycji w domu rodzinnym. Zrozumieć – to już trochę później, i chociaż dalej uważam że dwa fragmenty nie pozwalają na certyfikat Pełnej Perfekcji (chociaż przypuszczam że za takie „I Don’t Want To Know” to większość zespołów dałaby się pokroić), to wciąż cała reszta albumu to absolutne 10/10, jedne z najlepszych rzeczy w dziedzinie muzyki i tyle, nie zapraszam do dyskusji. Magia, zwłaszcza w połączeniu z TĄ okładką. I chociaż mogłoby się wydawać, że wybieranie najlepszego utworu z takiego albumu to bzdura, to jednak swojego faworyta mam – i jest to „Songbird”. Jeden z tych numerów których słuchania wystrzegam się w pewnych okolicznościach, bo groziłoby to puszczeniem tamy i totalnym rozklejeniem się. Głównie za sprawą wykonu wokalnego autorki utworu, Christiny McVie.
Są ludzie, którzy uważają, że na „Rumours” „flitłudzi” powinni zakończyć działalność. Raz, że takiego albumu wręcz nie wypada próbować przebić. Ale też takie opinie są wydawane przez pryzmat późniejszych dokonań. Faktem, że znacznie bardziej popowych i lżejszych. Ale mnie ta perspektywa osobiście przeraża. Bo gdyby rzeczywiście tak się stało, nie otrzymalibyśmy dwóch piosenek nie tylko najlepszych w dyskografii FW, nie tylko w dekadzie lat 80tych, ale być może najlepszych W OGÓLE. Są momenty w moim życiu kiedy bardziej „wchodzi mi” „Little Lies”, może ze względu na absolutnie fantastyczną wokalną współpracę McVie ze Stevie Nicks w refrenie. Ale przez większość życia, w tym na aktualnym etapie, numerem 1 jest „Everywhere”. Serio, jeśli kiedyś miałbym wskazać jedną kompozycję ujmującą istotę bycia zakochanym, byłby to właśnie ten utwór. Zarazem jest to piosenka stanowiąca instant teleportację do beztroski lat dzieciństwa. Long story short – ścisła czołówka moich ulubionych piosenek. Czyjego autorstwa? Znów Christine McVie.
Nie chcę wgłębiać się w, mało mi zresztą znaną, historię zespołu. Dość burzliwą i zawiłą, gdzie tylko Ojcowie Założyciele byli jego stałym elementem. Trudno jednak nie było odnieść wrażenia, że mimo tego iż to McVie odpowiadała za największe hity zespołu, to zawsze stała ona w cieniu bardziej charyzmatycznej (chociaż to kwestia gustu) Stevie Nicks. To relacja tej drugiej z Lindsay’em Buckinghamem dodawała dramaturgii zespołowi (co najlepiej uwidocznił „Rumours” właśnie), podczas gdy tragedie McVie były na drugim planie. Zespół bez Nicks wytrzymał 6 lat, bez McVie – aż szesnaście. I chociaż nie jestem wyznawcą teorii, że zespoły muszą bezwzględnie kończyć działalność po śmierci któregoś z członków, to jednak nie zdziwię się jeśli będą kontynuować działalność i bez CM. Tylko co to za koncert bez „Everywhere”.
Swoją drogą, Polska nie miała szczęścia do FM – jeden koncert, w głębokich latach 90-tych. 3 lata temu, kiedy byłem na Wu-Tang Clan w Berlinie, to kilka dni później grało Fleetwood Mac. Odpuściłem, myśląc że pewnie będzie jeszcze okazja. Także chodźcie na koncerty bohaterów z lat młodości – o ile oczywiście koncertu nie organizuje Live Nation na Stadionie Narodowym…