rageman.pl
Muzyka

Waglewski Fisz Emade – Męska Muzyka: Koncert W Fabryce Trzciny

rok wydania: 2008

wydawca: Agora

 

dvd ciag dalszy.

mozna nie trawic mlodych waglewskich, tak muzyki jak i klimatu jaki wokol siebie wytwarzaja (no, wspolwytwarzaja) (a wlasciwie to mowie w tym momencie glownie o fiszu), ale jedno trza im przyznac – nigdy nie torowali sobie nazwiskiem drogi do kariery. co jest ewenementem w polsce, a i na swiecie nie zdarza sie czesto. oczywiscie, to ze sa synami lidera voo voo bylo tajemnica poliszynela. ale wystarczylo luknac na jakiekolwiek wywiady z ktoryms z tej trojki by dostrzec, ze kazdy pracuje calkowicie na wlasne konto. a to, ze starszy wagiel zagral na gitarze pare dzwiekow bodajze na debiucie to chyba nic zlego – po co mlode wagle mieli biegac po ludziach, skoro mieli we wlasnym domu jednego z najlepszych gitarzystow tego kraju? poza tym zero wiekszych koneksji. zadnych wspolnych przebojaskow, zadnego lansu rodzinnego w mediach, itepe. jednoczesnie kazdy podswiadomie czul, ze musi w koncu dojsc do powazniejszej kolaboracji muzycznej.

doszlo dopiero w zeszlym roku. i mozna pokusic sie o stwierdzenie, ze z punktu widzenia mlodszego pokolenia waglewskich lepszego momentu nie moglo byc. artystycznie wciaz na fali, uznanie krytykow i branzy, a i komercyjnie nienajgorzej. ba, smiem twierdzic, ze pod tym ostatnim wzgledem to waglewskiemu seniorowi bardziej mogla byc potrzebna ta wspolpraca. choc z drugiej strony – jest to chyba ostatni artysta w polsce, ktoremu by zalezalo na popularnosci mierzonej iloscia sprzedanych nosnikow i artykulow w mniej powaznych gazetkach.

dzis omawiamy koncert, jaki panowie dali w marcu zeszlego roku. i ow koncert i muzyka w jego trakcie odegrana jest nie tyle esencja tego wydawnictwa, co de facto jego jedyna zawartoscia. okej, polityka agory nakazuje uznawac calosc jako ksiazke+dvd, co zakrawa na zart raczej (tekst Sankowskiego przy tym, co zrobil Koziczynski dla Hey’owego „mtv unplugged” sprawia wrazenie notki promocyjnej tworzonej przez pr-owca, a nie uznanego dziennikarza). jeszcze gorzej jest z samym dvd. poczawszy od dodatkow, ktorych brak (bo raczej wyboru scen i ustawienia dzwieku nie licze), poprzez minimalny wklad rezysera i montazysty w rejestracje wystepu (po raz kolejny sie okazuje, ze Yach Paszkiewicz jest mega zasluzona postacia dla rozwoju polskiego klipu, ale jako rezysera go ostatnimi czasy *nie ma*), konczac na scenografii, ktorej – niespodzianka! – nie ma wcale. coz, dla niektorych ten minimalizm moze bedzie zaleta, dzieki ktoremu mozna sie skupic wylacznie na muzyce.

a jest na czym sie skupiac. na scenie 5 osob, w porywach do szesciu. glowne role w tym przedstawieniu sa oczywiscie jasno sprecyzowane, ale drugoplanowki tez sa godne oscara. bo to, ze grajacy na harmonijce ustnej Bartek Leczycki to scisla czolowka w swej kategorii (podobnie jak klawiszowiec marcin masecki) mozna wywniosowac nie tylko z broszurko-ksiazki, ale i z samego wystepu. zlego slowa nie mozna powiedziec tez o basiscie Piotrze Cholody, choc ten pojawia sie tylko w awaryjnych sytuacjach. czyli wtedy, kiedy fisz staje za mikrofonem.

tak wlasnie. okazuje sie, ze fisz z bratem moga stanowic nie tylko duet mc/producent, ale tez calkiem niezja sekcje rytmiczna. no dobra, fiszowe plumkanie nawet nie stalo obok wirtuozerii, ale to co emade wyprawia na perkusji naprawde zasluguje na uwage. byc moze to sila autosugestii, ale slychac, ze stuka koles siedzacy na codzien w hiphopie. solidny, oldskulowo brzmiacy beat, jednoczesnie nieograniczony limitowana liczba funkcji programu w komputerze. hiphopowy bonham? czemuzby nie. kolejny dowod na to, ze stawianie emade w cieniu starszego brata jest bledem zaslugujacym na najwyzszy wymiar kary.

i chociaz ma sie wrazenie, ze zebranemu towarzystwu serduszko bije najszybciej na widok fisza (zreszta, sam Bartunio jakby ma tego swiadomosc – mozna wyczuc pewna pseudoskromna poze), to na muzycznej plaszczyznie wladze absolutna sprawuje waglewski senior. facet doskonale wie, jak to jest zarzadzac ekipa muzycznych indywidualnosci. i chociaz poziom instrumentalnego kozactwa stoi w voo voo na jednak wyzszym poziomie niz w przypadku, to i tutaj musi sie chlop napracowac, by te wszystkie dzwieki generowane ze sceny mialy rece i nogi. i nie trzeba mu batuty – wystarcza porozumiewawcze spojrzenia.

repertuar? jakk tytul sugeruje – repertuar z jedynej jak dotad plyty stworzonej przez rodzinne trio. o samej plycie napiszemy innym razem, dodam tylko, ze wypada to ciut ciekawiej niz na plycie. co nie znaczy, ze obcujemy z jakas rewelacja. ot, niezobowiazujacy projekt i sama muzyka tez raczej niezobowiazujaca i tez nieprowokujaca do wybitnego wykonania. ale mozna chyba juz orzec, ze wagle ponizej pewnego poziomu, zwlaszcza koncertowo nie schodza, rajt?

 

najlepszy moment: MĘSKA MUZYKA

ocena: 7,5/10

Leave a Reply