Meshuggah – Chaosphere
rok wydania: 1998
wydawca: Nuclear Blast
zmiana klimatu. calkowita.
juz kiedys planowalem napisac o tej plycie. i sam nie wiem czy dzisiejszy dzien to dobry czas, by wypowiedziec sie na jej temat. bo katowalem ja dzis na przemian z numerami, hmmmmmmmmmmm, Flo Ridy i Erosa Ramazotti. jestescie chyba w stanie sobie wyobrazic schizofrenicznosc sytuacji, nie mowiac juz o tym, co czul moj winamp. ale nawet jesli moj gust coraz bardziej lajtowieje, wrecz gejowacieje, to i tak nigdy uwielbienie dla trzeciej plyty Meshuggah nie zejdzie ponizej pewnego poziomu. to jedna z moich ulubionych plyt Metalowych. i na pewno Najbardziej Pojebana Muzyka, jaka w zyciu slyszalem.
nie wiedziec czemu, w okresie licealnym (czyli mocno przesiaknietym numetalem) nazwa Meshuggah strasznie mi sie kojarzyla z jakims igloxowym metalem. beka wrecz. kiedy zobaczylem na vivie bodajze wywiad z muzykami Toola, ktorzy na pytanie o ulubiony ich zespol z usmiechem odpowiadali „Meshuggah!” to myslalem ze jaja sobie robia. no, na zasadzie tak jakby wymienili Iron Maiden. czy Krzysztofa Krawczyka. potem „Chaosphere” wyladowal w moim domu i juz na zawsze dokonal przewrotu w moim zapatrywaniu sie na muzyke.
to wlasnie przez tego typu albumy i tego typu zespoly mam o metalu coraz, powiedzmy, mniej entuzjastyczne zdanie. w tym sensie, ze szwedzi na swym trzecim albumie udowadniaja, iz za metal nie musza sie brac w przygniatajacej (i przygnebiajacej) wiekszosci przypadkow muzyczni drwale, ktorych inspiracje zaczynaja sie i koncza na Black Sabbath, Led Zep i Kiss, a jedynym celem artystycznej drogi jest prowokowanie do machania dynka i generowanie Czadu. nie mowiac juz o elementarnym poczuciu estetyki. kto raz skrzywil sie na widok kolesia w skorzanych jajogniotach w srodku lipca, a widok pozujacych w lesie kolesi z corpsepaintingiem na ryju kwituje niczym innym jak rzewna beka – ten wie o czym mowie.
mozna przyczepic sie do propozycji Meshuggah, ze u nich tez jest powielanie wciaz tego samego schematu i to nie tylko jesli na przestrzeni kolejnych plyt, co samych piosenek. i owszem, na pierwszy rzut ucha tak to brzmi. ale po pierwsze – diabel tkwi w szczegolach. po drugie – oni sa tworcami i de facto jedynymi dysponentami (gojira? dep? nieeee…) tego schematu. a po trzecie i najwazniejsze – co to za schemat! nazwa „mathcore” brzmi cokolwiek smiesznie, ale w ich przypadku ma ona naprawde sens. totalnie pojebanym, polirytmicznym bitom, generowanym z nieludzka precyzja podporzadkowane jest wszystko – bass, zagrywki gitary rytmicznej brzmiacej jak smagania olowianym pejczem (i taki tez efekt wywolujace), wiercace membrany uszne solowki gitarowe, nawet krzyk wokalisty, transowy w swej, w gruncie rzeczy, totalnej monotonnosci. wlasnie przez to tworzenie calych kompozycji na podstawie perkusji w najwiekszym stopniu zbliza meshuggah do death metalu. i jesli dream theater to metal progresywny o zabarwieniu iron maidenowym, a tool – numetalowym, to propozycja meshuggah jawi sie jako zagubione ogniwo miedzy king crimson, „..and justice for all” i morbid angel. co jest o tyle ciekawe, ze metalu smierci generalnie niezbyt trawie. a moze nie trawie nie tyle soundu tegoz, co totalnej wtornosci jaka sie w tym gatunku panoszy? w tym kontekscie meshuggah mozna mianowac zbawcami gatunku. jego jednymi z najwiekszych wizjonerow. sorry jesli obraze Twych ulubiencow, drogi czytelniku tegoz bloga, ale gdybym chcial wykazac roznice nie na przykladzie samej muzyki miedzy meshuggah, cynic, death czy, z ciut innej beczki, voivod a Przykladowa Kapela Death Metalowa (jakie to sa? otwozcie metal hammera na pierwszej lepszej stronie, mehehehee) to spytalbym sie o inspiracje. i jestem pewien, ze o ile w drugim przypadku padalyby nazwy typu Judas Priest, Venom, black sabbath i kiss („-a poza muzyczne moze jakies?” – „zycie, czlowieku. i horrory klasy B”), tak ci pierwsi zarzuciliby (poza wczesniej wymienionymi, czemuzby nie) jakimis weather reportami, stockhausenami i pierdyliardem nazw, ktore przecietnemu sluchaczowi nic nie mowia. jak szalec to szalec – meshuggah jest obok radiohead chyba jedyna kapela z obecnie dzialajacych w tzw rozrywkowej muzyce gitarowej, ktorego tworczosc moze byc przedmiotem glebszej rozkminy muzykologow. a przeciez to „tylko” metal. ale metal, ktory ja uwielbiam. ktory dla mnie stanowi esencje tego gatunku. ktory perfekcyjnie realizuje najwazniejsze zalozenie tego gatunku. czyli sprawianie, by sluchacz czul sie jak trzepnietym mlotem („metal hammer”, heh), otumaniony. by czul sie zaniepokojony, wrecz by zaczal sie pocic.
innymi slowy – TAK, TACY SA ZAJEBISCI.
w sumie nie za wiele napisalismy o samej plycie i co ja wyroznia sposrod pozostalych wydawnictw szwedow. na pewno jest najciezsza, jesli chodzi o przyswajalnosc. najintensywniejsza. niby tracki nie sa polaczone jak na „catch thirty three”, ale i tak na wyrywki tego sluchac sie nie da. i chociaz mowilismy o powtarzalnosci schematu, to nie znaczy, ze jest nudno, ze nie ma „smaczkow” (jak mnie to slowo w kontekscie muzyki irytuje!). w „the exquisite machinery of torture” mamy w zwrotkach cedzenie slow zamiast tradycyjnego krzyku, co dodaje utworowi dynamiki. „sane” ma najbardziej pokomplikowana strukture z wszystkich, i tak dalekich od konstrukcji cepa utworow. a dla odmiany „new millenium cyanide christ” to najlepszy dowod na to, ze meshuggowy death metal moze nie tylko byc zapadajacy w pamiec, co zwyczajnie przebojowy.
dzien, w ktorym uznam ten album za nudny i zbyt halasliwy, bedzie moim ostatnim dniem w zyciu. rzeklem.
najlepszy moment: NEW MILLENIUM CYANIDE CHRIST (btw obczajcie klip: HOW COOOOOOOL IS THAT?)
ocena: 9,5/10