W Blasku Świateł
rok: 2008
reżyser: Martin Scorsese
co sie stanie, jesli za wspolny projekt biora sie Prawdopodobnie Najlepszy Rockowy Zespół W Historii i Prawdopodobnie Najlepszy Reżyser W Historii? „Shine A Light”, a po polsku nie wiedziec czemu „W Blasku Świateł”.
Scorsese ma smykalke do filmow muzycznych. podobne dziela poswiecil przeciez The Band czy Dylanowi. nie chce wchodzic w polemike, czy „SAL” jest dokumentem lepszym od tamtych filmow. na penwo jednak, moim zdaniem, sa wizualnie wdzieczniejszym materialem do nakrecenia.no i tez stoi za nimi historia. no przeciez.
zaczyna sie paradokumentalnie. przygotowania sceny (Beacon Theater @Niu Jork), konsultacje Scorsese z zespolem m.in. na temat setlisty. niby wszystko okej, ale wyczuwa sie pewna nerwowosc. zespol ma swoje kaprysy, ostatecznie Martin otrzymuje ostateczna setliste na chwile przed koncertem. ale tez i sluszne Jagger uwagi ma odnosnie bezpieczenstwa na koncercie (hajlajtem dialog Martina z asystentem, cos w stylu A: Jest ryzyko, ze Jagger moze splonac, swiatla sa za silne. M: Hmmmm, Jagger nie moze splonac, to MOGLOBY BYC problemem.). koniec koncow wszystko konczy sie szczesliwie, tzn scena przygotowana, chwile dziela od wypelnienia obiektu publika i rozpoczecia show. przedtem jednak z zespolem wita sie Bill Clinton, ktory przybyl z cala rodzina oraz… „Chlopaki, poznajcie, to moj przyjaciel, byly prezydent Polski, Aleksander Kwasniewski”. LOL. anyway, juz wchodza ludzie, juz chlopaki czaja sie za scena, a martin za rezyserka. zaczyna sie show, a film zmienia sie z dokumentu w wlasciwie zwykla rejestracje koncertu.
oczywiscie tak zwykla, jak zwykly moze byc koncert tak zwyklego zespolu jak Rolling Stones. chociaz nie, nawet w kontekscie tego zespolu byl to nietypowy wieczor. niby koncert w ramach promocji albumu „Bigger Bang”, czyli trasy ktore objela takze Polske. ale jesli ktos liczy na to, ze moglby postawic na polce „SAL” jako pamiatke z Warszawy ’07 moze sie rozczarowac.po pierwsze, wizualnie to zupelnie inna sprawa. zadnych telebimow, zadnych gigantycznych jezorow, a wybieg dla Jaggera jak najbardziej nieruchomy. po drugi, co szczegolnie mi sie podoba w „SAL”, to repertuar. tego wieczoru panowie ewidentnie postawili na kawalki dla prawdziwych fanow. oczywiscie, pewnych niesmiertelnych rzeczy zabraknac nie moze jak (I can’t get no) Satisfaction” czy „Jumping Jack Flash” (czyli numerow, ktore akurat tutaj kolejna zamykaja i otwieraja koncert). ale „Connection”, „All down the line” czy „She Was Hot” (kamera w tym ostatnim slusznie kieruje sie na czarnoskora chorzystke, uhhh…) to juz dosc nieoczywisty wybor. a np taki „As Tears Go By”, de facto pierwszy napisany przez spolke Jagger/Richards numer ktory „nieumyslnie”podarowali Marianne Faithfull, graja tutaj rzekomo po raz pierwszy raz! choc tak na dobra sprawe juz w samej koncowce wracaja do rzeczy sprawdzonych – „sympathy for the devil”, „start me up”, „brown sugar” czy wspomniana „satsfakcja”.
no i po trzecie – w Polsce zadnych ficzuringow nie bylo. a tu mamy az trzy. z trzech zupelnie roznych bajek. wpierw przystojniak Jack White z The White Stripes. moze Biale Paski mniej zawdzieczaja Jaggerowi i spolce niz np taki The Hives, ale jednak nie da sie ukryc, ze nu rockowa rewolucja, ktorej chcac nie chcac White z zespolem sa czescia, to w duzej mierze zasluga Stonesow. czyli reasumujac – mily kontekst dla jeszcze milszego wykonania „Loving Cup” z Whitem i Jaggerem i ich akustycznymi gitarami w roli glownej.
dalej – Buddy „Motherfucker” Guy. czyli tutaj akurat to uczen zaprasza mistrza na scene. i mistrz zapodaje taki bluesiorem (konkretnie: „Champagne and refeer” z repertuaru Muddy Watersa), ze szczena opada, a ducha wywiewa do missisippi. liste gosci zamyka Christina Aguilera w „Live With Me”. dokladnie tak. ciezko orzec czy Krysia zawdziecza cos Stonesom. niemniej jednak dziewucha potwierdza ze ma kawal glosu i urodziwej twarzyczki.
a reszta wlasciwie po staremu. czyli jagger biega po scenie i rusza sie tak, ze i mi sie goraco robi hehehehe. czyli richards ze swoim stylem a’la pirat z karaibow i fajka w gebie kazdym ruchem definiuje pojecie „be cool”. nawet jak rozczulajaco spiewa solo „You got the silver” (jest tez glownym wokalista w „Connection”. czyli Wood potwierdza, ze moze i jest mniej widowiskowy niz Richards, ale jesli chodzi o sama gre to mozna sie spierac, czy to przypadkiem nie on jest sila napedowa RS. a Watts stuka to co ma wystukiwac i robi to tradycyjnie po mistrzowski.
o bonusach wspomnijmy. choc niestety maloo ich. krotki filmik, bedacy rozszerzeniem tego co widzielismy w poczatkowych minutach filmu oraz 4 numery wyciete z glownego programu (jak, pytam sie JAK, mozna bylo wyrzucic „Paint It Black”?!?!?!).
wiem, naraze sie fanom Scorsese, ale jak dla mnie to najlepsza rzecz do jakiej przylozyl lape od wielu lat. a na pewno, choc to moje prywatne zdanie, najlepsza koncertowa rejestracja Stonesow w wersji wizualnej. a i dzwiekowej byc moze tez. gosh, jak oni po 40 latach to robia?
najlepszy moment: LOVING CUP (feat. Jack White)
ocena: 8,5/10