Tworzywo Sztuczne – Wielki Ciężki Słoń
wydawca: Asfalt
mmmmmm, wracamy do tematu braci waglewskich.
predzej czy pozniej musialo dojsc do powstania tej plyty. w koncu juz na debiucie Fisza slychac bylo w podkladach inklinacje jazzowe, choc jeszcze wtedy polegalo to glownie na wplataniu adekwatnych sampli. na „F3” bracia poszli jeszcze dalej – zaroilo sie od zywych instrumentow, piosenki przybraly bardziej nietypowa strukture, a Fisz zaczal podspiewywac. dodatkowo rzecz juz nie byla podpisana jako „Fisz”, a enigmatycznie „Fisz Emade jako Tworzywo Sztuczne”. z czasem ekspementalny projekt przerodzil sie w regularny zespol, nie podpierajacy sie juz ksywka bartka waglewskiego. choc oczywiscie wagle sa tu niekwestionowanymi liderami.
przyznam, ze w momencie wydania tego albumu odebralem go dosyc negatywnie. choc nie ma co ukrywac, ze ta niechec byla podyktowana glownie rozczarowaniem, ze Wagle zatracaja sie w projektach coraz bardziej odleglych od hiphopu. pewnie jestem niesprawiedliwy, ale o ile owczesna dzialalnosc Emade odbieralem jako kolejne przelamywanie barier godne tego mega uzdolnionego i wszechstronnego producenta, tak Fisz wzbudzal we mnie w tym okresie skrajna irytacje. na „Polepionych dzwiekach” ten jego inteligencki, introwertyczny attitude intrygowal, szczegolnie na tle bijacego po oczach, niczym oczojebne kolory paskow dresu ze stadionu, patologia polskiego hiphopu. pare lat pozniej zaczal juz tylko meczyc. coraz smielej noz w mej kieszeni otwieraly kolejne extremalnie-ambitne projekty muzyczne, okraszone coraz wiekszym belkotem wokalno-lirycznym. teraz, kiedy juz wszystko powrocilo do normy (i formy) za sprawa „Piatku 13”, mozna ten niehiphopowy etap w karierze waglewskich ocenic przychylniej. „Wielki Ciezki Slon” na to zasluguje. choc nie bezwarunkowo.
bo przy pierwszym kontakcie ten album moze tylko wkurwic (no chyba ze sie jest bezkrytyczna fanka Fisza, jego poetyckich tekstow i slicznej grzywki). czasem o dobrych albumach mowi sie w ten sposob, ze nie ma na nich ani jednego zbednego dzwieku. niestety, pod tym wzgledem „WCS” do takowych nie nalezy. awangardowa forma tutaj polega na tym, by wstawiac do kompozycji pierdyliard dzwiekow, wygrywanych na pierdyliardzie instrumentow, ktore przykryja fakt zerowych pomyslow na numer. encyklopedyczny przyklad sztuki dla samej sztuki. pewnie, mozna (i ewidetnie wrecz nalezy) docenic w tym kontekscie zaslugi Emade jako producenta i aranzera, ale nie jako wspolkompozytora. dopiero za ktoryms razem mozna wygrzebac z coponiektorych trackow melodie czy po prostu jakas Idee. jak w dubowym „Tramwaju”, mile kojarzacym sie mi i innym mieszkancom mej dzielni za sprawa „Live at wrzeszcz” Bassistersow. czy w neurotycznych „Urojeniach”. badz w najbardziej chyba chwytliwym „Moim Piorku”, za sprawa wokaliz dzieciecych brzmiacy wrecz ujmujaco. przekonuje Fisz-romantyk w „Deszczu w Butach” i „Swiatlach Awaryjnych”, w tym drugim dzielacy obowiazki wokalne z Iza Kowalewska z Muzykoterapii.
no i zostaje jeszcze odwieczny problem Fisza-wokalisty. coz… jesli podejdzie sie do jego wyczynow jako do kolejnego instruemntu, wydajacy rownie abstrakcyjne dzwieki co pozostale, to jest szansa na mile spedzenie czasu z calym albumem. tym bardziej, ze sklamalbym mowiac, ze sie chlopak nie stara o urozmaicenia (krzykliwy „Grzyb”), choc rapu nie ma tu prawie w ogole. tym bardziej trzeba na dystans brac teksty. bo jesli ktos naprawde probowalby na powaznie traktowac liryki „Kolka” czy „Wisni”… no to ja chcialbym takiego osobnika poznac. szczerze.
najlepszy moment: MOJE PIÓRKO
ocena: 7/10

