rageman.pl
Muzyka

Red Hot Chili Peppers – Californication

rok wydania: 1999

wydawca: Warner

 

za czasow rageman.blox.pl nie bylo jeszcze o RHCP. czas wiec i do nich sie ustosunkowac.

przyznam, ze ostatnimi czasy nabralem do tej plyty mocno ambiwalentnego stosunku. bo z jednej strony to bylo tak, ze…

… ze tak zwani Red Hoci zdziadzieli dla mnie strasznie. i poczatek tego skiepszczenia sie mozna datowac wlasnie na „wielki comeback” za sprawa „Californication”. w jakims stopniu racje mieli ci, ktorzy porownywali siodmy album do s/t Metalliki. obie byly dla tych zespolow przelomowe. w komercyjnym kontekscie-  jak najbardziej pozytywnie, w artystycznym – nie za bardzo. dzis „Papryczki” to taki amerykanski odpowiednik U2 – zespol dla kazdego. dla bardziej bezkrytycznych krytykow, dla licealistow, dla mariuszy, dla rockmanow, dla wielbicieli radia, dla twojej starej. target idealny, moga spodobac sie kazdemu, co widac na rozdaniach nagrod, po listach sprzedazy i frekwencji na koncertach. i nie musialoby to wszystko przeszkadzac w odbiorze Muzyki. w koncu ona jest najwazniejsza, a szczegolnie Melodia w niej zawarta, a ja juz dawno przestalem myslec w kategoriach komercja=zlo (choc wiadomo – ile sluchaczy, tyle definicji „komercji”). ale raz – ze te piosenki nowe rhcp naprawde niespecjalnie absorbuja. dwa – no ciezko je polubic na dluzej, gdy wciaz pamieta sie o psycholach ubranych w same skarpetki i spiewajacych o party na twej pussy, tworzacych jednoczesnie genialna funk punkowa muze. ciezko polubic te na wskros przystepne piosenki, kiedy pamieta sie red hot chili peppers z okresu „mother’s milk” i PRZEDE WSZYSTKIM „blood sugar sex magic” – zespol razem z beastie boys, ratm, faith no more, sonic youth, radiohead, nirvana i tu-wstaw-swoj-ulubiony-alt-zespol tworzacy podwalny pod zajebistosc lat 90tych, ktore zapamietamy jako okres (no, przynajmniej pierwsza polowe) kiedy sprzedawalo sie dobrze cos gownie dlatego, gdyz samo w sobie bylo dobre. inna sprawa – mam wrazenie, ze w wywiadach z okresu wydania „californication” panowie kiedis i spolka nie kryli sie, ze wiaza z ta plyta nadzieje na powrot na szczyt. i nie ma watpliwosci, ze chodzilo im o komercyjny szczyt, bo na artystycznym wciaz byli, za sprawa „One Hot Minute”. nie twierdze, ze w tym celu przyjeli na powrot Johna Frusciante. ale na pewno ponowne pojawienie sie w skladzie przenarkotyzowanego, choc wciaz wybitnie grajacego syna marnotrawnego osiagnac cel pomoglo. no gratulujemy, no.

i chcialoby sie do poprzedniego zdania dorzucic cos w stylu „cos za cos”, ale w przypadku „Californication” sprawa nie jest taka prosta. i kiedys dlugo sie zastanawialem co wywoluje ten dysonans w ocenie tej plyty. te piosenki sa wyprute totalnie z elementu zaskoczenia, ich konstrukcja do skomplikowanych tez nie nalezy. ale z drugiej strony – cos sprawia, ze uznaje piosenki tu zebrane za zdecydowanie najlepsze w repertuarze nowo narodzonych red hotow. a i spora czesc mogalby konkurowac z tymi piosenkami, ktore brylowaly w ich dyskografii wczesniej. i juz wiem w czym rzecz – John Frusciante. zawsze bede twierdzil, ze red hot chili peppers to zajebisci fachowcy w sekcji rytmicznej (no, Flea to nawet *ciut bardziej*), sredniacki, choc majacy swoj specyficzny urok wokal i Arysta na gitarze. niezaleznie czy chodzi o Slovaka, Navarro czy Frusciante wlasnie. a z nich najwiekszy jest Frusciante (okej, najwiekszy w kontekscie stylistyki rhcp – Navarro w kategorii „Jane’s Addiction” nie ma sobie rownych). ten typ jak malo ktory gitarzysta pozwala mi uwierzyc w magie instrumentu zwanego gitara elektryczna, sprawic ze nagle staje sie fanatykiem solowek, zaczynam lykac frazesy typu „lkajaca gitara”, „przelewanie duszy w gre” itepe itede. to wlasnie on wznosi te piosenki na „international level”, wydobywa z nich caly ich potencjal. mowi sie, ze przez przeniesienie ciezaru piosenek z riffow na piosenkowosc gra Fru zeszla na drugi plan. bzdura. chlopak zamiast brylowac w ofensywie po prostu zszedl na srodek pola. ale to wciaz jego akcje, jego pomysly decyduja o grze calej druzyny. nie ma sekundy na tym albumie nie wypelnionej zagrywkami tego pana, jego gra praktycznie przez cala dlugosc „Kalifornizacji” prowadzi nas za raczke (niby nie ma potrzeby, bo niebezpieczenstwa zagubienia sie nie ma, ale niemniej milo bardzo). gra na gitarze, ale tez wokal (choc o ile mnie sluch nie myli, to Flea tez sie na tym polu udziela). z calej wczesniejszej dyskografii nie uzbieraloby sie tyle dwuglosow, harmonii wokalnych ile jest obecnych na tym albumie. okej, do The Beatles to im daleko, ale i tak jest, a niech mnie, pieknie. swoja droga, w Chorzowie mialem wrazenie, ze Fru stal sie o wiele lepszym wokalista niz Kiedis.

skoro poswiecilismy caly akapit na krytyke RHCP glownie ze wzgledu na okolomuzyczne kwestie, to sprawiedliwie byloby wspomniec o jednej rzeczy – zrozumienie backgroundu historycznego pomaga w odbiorze „Californication”. mozna patrzec na wydzwiek tego albumu z dwoch stron. z jednej – chlopakom znow zapragnelo sie sprzedawac miliony plyt, grac po stadionach, byc granym w radiach o profilach wszelakich. ale tez mozna inaczej – bohaterowie sa zmeczeni. nie chca dobijajac do czterdziestki grac ze skarpetkami na przyrodzeniach, wyniszczac sie energetycznie w funkrockowym czadzie. na dodatek wraca do nich gitarzysta, ktory w pewnym momencie zastapil dragami normalne posilki, pograzony w depresji i niespelnieniu artystycznym. schodza sie razem po prostu by znow razem pograc. nie – piescic wczesniej wypracowany styl, nie – zaspokoic fanow wyczekujacych nastepcy „BSSM”, nie – wywolac rewolucje w muzyce rozrywkowej. gdybym mial zaproponowac wizualizacje do tych slow, odeslalbym do klipu do „Scar Tissue”. i chociaz w tym numerze sporo ciezko definiowalnego optymizmu, podoba mi sie na tym albumie ten wszechobecny smutek, czy moze po prostu melancholia. dlatego zupelnie mi tu nie pasuja odwolujace sie do przeszlosci, jakby majace na celu przytrzymanie przy zespole starych fanow takie kawalki jak „get on top”, „i like dirt” czy „Purple stain” (choc utrzymany w podobnym stylu „right on time” ratuje kapitalny, dyskotekowy refren). o wiele bardziej podchodzi mi w tym kontekscie stricte piosenkowy nurt – absolutnie ujmujacy „Otherside”, „Road Trippin” wykorzystujacy smyki i pozbawiony perkusji czy prowadzony przez akustyczna gitare „This Velvet Glove”. z drugiej strony – chyba juz zawsze bedzie mnie meczyl kawalek tytulowy, a i otwierajacy calosc, singlowy „Around The World” jakims specjalnie zajebistym trackiem mi sie nie widzi. o wiele lepiej wypadaja dziwadla,wyrozniajace sie nawet w kontekscie tego nowego oblicza zespolu. nie wiem jakie natezenie zimnej fali jest w „Parallel Universe” (chyba niewiele), ale rzeczywiscie brzmi to intrygujaco. no i jeszcze jest kapitaly „Savior”. wreszcie jakies wieksze zaskoczenie. mniejsze – trudno bylo przypuszczac, ze z Fru na pokladzie nawiaza do psychodelicznych odlotow „One Hot Minute”. dwa – ta dynamika, szczegolnie te wyciszenia sa po prostu majstersztyckie.

coz, tworczosc mieszczaca sie wyraznie po melodyjnej stronie muzyki latwo ocenic – albo piosenka chwyta albo nie. na „Californication”, do czego dopiero niedawno wlasciwie doszedlem, im sie upieklo – tu sie znalazlo pare naprawde fajnych piosenek (…no, nawet wiecej niz pare). czego nie da sie powiedziec o dwoch kolejnych plytach. plyta dobra, kierunek artystyczny – summa sumarum – niedobry.

 

najlepszy moment: OTHERSIDE

ocena: 8/10