Tv On The Radio – Desperate Youth, Blood Thirsty Babes
rok wydania: 2004
wydawca: Touch And Go
no coz, choc nieraz deklarowalem uwielbienie dla brytyjskiej sceny muzycznej, to trudno nie zauwazyc, ze przeklete stany zjednoczone tez maja swe zaslugi dla muzyki. np taki nowy jork. oj, jak chcialbym kiedys poleciec do tej miesciny. albo zeby jakies ruchy sejsmiczne przeniosly ja do europy. tak prawde powiedziawszy, to wcale nie jest az tak glupi pomysl. bo czasem mam wrazenie, ze NY w klimacie plodow artystycznych wytwarzaonych przez jego mieszkancow bardziej europejski niz amerykanski.
np taki TV On The Radio. jedna z bardziej faworyzowanych przez krytykow kapel ostatniej dekady. i tak jak przewaznie hajp krytykow jest dla mnie niezrozumialy (debiut The Strokes? ze co kurwa?), tak w przypadku trojki brooklynczykow (wiekszych) zastrzezen nie mam. kolesimniej lub bardziej rzadza poczawszy od swego debiutu „OK Calculator”, wydanego wlasnym sumptem. potem przyszedl dlugoterminowy deal z kultowym labelem Touch And Go, ktorego pierwszym efektem byla dzis juz rownie kultowa EPka „Young Liars” i wreszcie oficjalny, longplejowy debiut. z tytulem takim jak temat dzisiejszej notki.
przede wszystkim – totalnie nie wiadomo, do czego porownach ich muzyke. tak, tacy sa oryginalni, heh. oczywiscie to ze ja tu zadnymi nazwami nie sypne jest jak najbardziej zrozumiale – wciaz sporo przede mna jesli chodzi o osiagniecie zadowalajacego mnie poziomu kumactwa Muzyki, a przy robercie leszczynskim jestem o-taki-maly. natomiast zdazylem zauwazyc, ze i „powazni” krytycy maja problem z umiejscowieniem tvotr w jakims namecheckingowym kontekscie. a przeciez teoretycznie nie byloby az takiego problemu z rozlozeniem tej muzyki na czynniki pierwsze. elektroniczny kregoslop utworow w postaci zloopowanych, solidnych beatow (gdzieniegdzie tylko przykrytych „zywa” perkusja”), aranzacyjny rozmach godny progrockowcow, gdzie miejsce moga znalezc zarowno deciaki, shoegaze’owa gitara, jak i industrialne trzaski, a przede wszystkim dwoch czarnoskorych wokalistow. i naprawde ten kolor skory slychac takze w ich partiach wokalnych, nierzadko harmonicznych, czasem doowopowych wrecz (w kategorii wokalnej a’capellowy „Ambulance” to afera jakas). niby takie proste, wiec czemu nikt wczesniej nie wpadl na taki mix?
byc moze dlatego, ze malo kto jest takim geniuszem jak producent i spiritus movens zespolu, David Andrew Sitek? wszelkie ochy i achy wobec tego kolesia za jak najbardziej uzasadnione – jest bossem i tyle. juz zaczeli to dostrzegac mainstreamowcy pokroju Nine Inch Nails, Beck’a czy Scarlett Johannson w jej muzycznym skoku w bok, ale wierze ze ta lista bedzie sie sukcesywnie powiekszac. podkreslmy – TVOTR, jak i ta plyta, to formalnie rzecz bliska Absolutu, nienaciaganego 10/10.
problem tylko w tym, ze czesto w tej formie gubi sie tresc. nie, nie ze przerasta ja, to juz totalnie wyswiechtany frazes. po prostu ja gubi. bo te melodie gdzies tam caly czas sa, witaja nas na poczatku kazdego utworu, po czym nikna gdzies w zgielku aranzacyjnego rozmachu i budowania klimatu. i okej – koniec koncow calosci i tak slucha sie zajebiscie (noc! sluchawki!), a nie chodzi tu przeciez o trafienie na rotacje radia Zlote Przeboje. a jednak chcialoby siie posluchac wiecej takich rozkladacych na lopatki mixem pysznej aranzacji i chwytliwosci fragmentow jak „Staring At The Sun” (rzecz jeszcze z EPki „Young Liars”, goscinnie m.in. Nick Zinner z Yeah Yeah Yeahs) czy „Dreams”, by moc bez wyrzutow sumienia postawic conajmniej dziewiatkowa ocene. choc umowmy sie – tu nie ma numeru jednoznacznie slabego.
„Album, ktory musisz uslyszec zanim umrzesz”? zdecydowanie warto.
(watek dla gadzeciarzy: plyta zawiera klip do „Dreams”. przyznam ze ujrzenie go narzucilo mi zupelnie nowa interpretacje tego utworu. znacznie lepsza. rzadki przypadek, by teledysk dzialal w ten sposob)
najlepszy moment: DREAMS
ocena: 8,5/10