Tracy Chapman – Let It Rain
rok wydania: 2002
wydawca: Elektra
konczymy dzis opowiesc o Tracy Chapman. niestety end bedzie happy tylko polowicznie.
bo tak – jakosciowo to wielki comeback. recepta? no na przyklad dobry producent. tu zaskoczenie. bo owszem, John Parish ma doswiadczenie w pracy z songwriterkami. ale Tracy Chapman i PJ Harvey to jednak dosc rozne bajki.
a jednak Chapman bardzo do twarzy w takim altrockowym sztafazu. choc nie przywiazywalbym wielkiej wagi do tej latki. owszem, zestaw personalny moze budzic takie skojarzenia (Parish, ale i sidemani znani z plyt m.in. Toma Waitsa, R.E.M. czy Beck’a), ale to wciaz jednak zenskie piosenkopisartwo w „oldskoolowym” duchu, blizszym Joni Mitchell niz Fiony Apple. brzmienie jest Parishowo surowe, jakby organistyczne, kojarzace sie z chocby „A Woman A Man Walked By”, ale w samym klimacie calosci plyty slychac juz typowa Chapman.
tyle ze smutna jak nigdy. wrecz przytlaczajaca smutna. owszem, smutek to staly bywalec na plytach Tracy, ale zawsze byl odpowiednio zbliansowany, nawet w obrebie tego samego utworu (vide gospelowe zaspiewy na „New Beginning”). tutaj zamula, odwolujac sie do tytulu plyty, leje jak z cebra. wlasciwie tylko dwa numery odstaja od calosci. napedzany „bagiennym” rytmem „Say Hallelujah” (tu akurat slychac troche Waitsa) i uptempowy, singlowo sciemniony – bo dajacy bledne pojecie o calosci – „You’re The One”.
piekna plyta, do ktorej jednak ciezko bedzie mi wracac. odsluchana w lepszych czasach stracilaby brutalnie na ziemie, a w chwilach zwaly dobilaby do cna.
najlepszy moment: BROKEN
ocena: 7,5/10