Morcheeba – Big Calm
rok wydania: 1998
wydawca: Indochina
niech nam spiewaja piekne panie! niekoniecznie tluste.
od czasu ostatniej notki z zamierzchlych lat w Morcheebowym obozie zaszla jedna, acz znaczaca odmiana – do skladu powrocila Skye Edwards, pierwsza i jedyna sluszna dla tego zespolu wokalistka. to mile, trudno jednak nie zauwazyc, ze najlepsze lata ma juz za soba i dzisiejsza dzialalnosc grupy moze poruszyc conajwyzej pijanych studentow uczeszczajacych na gdynskie CudaWianki (ktorych M. byli rok temu „gwiazda”) i psychofanow. wrocmy na chwile do tych pieknych lat, kiedy nazwa zespolu naprawde cos znaczyla.
choc lata temu przesilem silna podjarke debiutem grupy (co widac we wspomnianej notce, pochodzacej jeszcze z ’04 roku – musze te relikty w koncu usunac, bo to gramatyczno-swiatopoglagowa katastrofa byla), to tak naprawde jego nastepca z ’98 roku jest chyba tym NAJ albumem. to te dzwieki towarzysza mi od poczatku mego swiadomego sluchania muzyki, z nimi wiaza mnie najsilniejsze wspomnienia i kiedy dzis znow odsluchiwalem ten album czulem sie, jak to sie mowi, jakbym wracal do domu. fo’ real. wszystko wydawalo mi sie tak pieknie znajome, kazda aranzacja tak przytulna, spowijajacy calosc wokal Skye tak matczynie wrecz kojacy. w tym kontekscie termin „chill” to nie pustoslowie gatunkowe, malo ktora plyta tak mnie potrafi odprezyc.
(UWAGA, POTEZNA ROZKMINA: ostatnio trafilem na genialny tekst naszego wybitnego publicysty Stefana Kisielewskiego dotyczacy Muzyki. tak, Muzyki w ogole. bo dawno nie trafilem na tak kapitalna rozkmine dotyczaca istoty Muzyki, jej oceny i miejsca w Kulturze, ba – w swiecie jako takim. zreszta, sami przeczytajcie. dlaczego przywoluje ten tekst w tym momencie? poniewaz majac poparcie takiego mysliciela jak Kisielewski czuje sie na silach oficjalnie usankcjonowac Sentyment jako kategorie oceny Muzyki. „eeeeee” – powie ktos po lekturze tekstu Kisielewskiego – „przeciez nie o to chodzi w tym artykule”. fakt, nie do konca. ale jesli wniosek generalny jest taki, ze Muzyka to najbardziej abstakcyjna dziedzina Sztuki, do ktorej nijak ma sie terminologia stosowana w ocenach dziel sztuki w malarstwie czy filmie, to dlaczego Sentyment nie moze byc traktowany jako jedno z kryterium oceny? oceny czegos, czego nie da sie na dobra sprawe ocenic. a jesli nawet jest ten genialny 1% ludzkosci posiadajacy te zdolnosc, to co im po niej? co z weerdyktu reprezentanta tej elitarnej grupy, ze „Pet Sounds” to arcydzielo, skoro ty bardziej czujesz lupanine punkrockowej zalogi Kalesony Boga Wojny? umowmy sie, gdyby wyrafinowanie materiii muzycznej skladajacej sie na dane kompozycje byly podstawowym kryterium oceny, to generalnie Rock, niejako z natury ograniczony instrumentalnie, nie mialby w tym momencie szans. i „smaczki” pokroju partii fleta czy zastapienie basu klawiszem niewiele by zmienilo)
skoro jednak przywiazujemy wage do takich elementow jak aranzacja, to „Big Calm” tez broni sie bezproblemowo. ba, trudno nie dostrzec progresu w stosunku do debiutu. tam byli encyklopedocznym przykladem uczniow (pojetnych i intrygujacych jak diabli, ale zawsze) triphopowej szkoly, niespecjalnie wychodzacej poza schemat. powiedziec, ze „Big Calm” to Morcheeba spopowiala byloby krzywdzace. owszem, tu Melodia stala sie skladnikiem fundamentalnym. i dobrze, tak ma byc! herezja byloby powiedziec, ze Morcheeba tutaj jest ponad trip hopem, ponad cala ta stylistyka, ale faktem jest, ze tutaj genialnie inkorporuja ten nurt jako jeden z wielu elementow dzwiekowej mozaiki, nie sluzac juz mu tak niewolniczo jak kiedys. trip hop, nu jazz (instrumentalny „Bulletproof”), rege („Friction”), country nawet jakies („Part Of The Process”), a przede wszystkim – mnostwo orkiestralnych dzwiekow, czasem owocujacych rzeczami skrajnie pieknymi („Fear And Love”). nie no, kurde, ide o piwo, ze gdyby podsunac „Big Calm” prawdziwemu muzycznemu erudycie, takiemu z rozkminy z wczesniejszego akapitu (warunek: nie szukac go wsrod zblazowanych czytelnikow Porcysa i P4K) to wypowiedzialby sie o tym albumie conajmniej pozytywnie.
a moze przesadzam? w koncu Geniusze Muzyczni nie pozwoliliby sobie na taka jakosciowa (i komercyjna zreszta tez) rownie pochyla jak w latach post-„Big Calm”owych. musze sie nad tym zastanowic, tymczasem ide po raz 128192 posluchac tej plyty.
najlepszy moment: BLINDFOLD
ocena: 9/10